@ @
@
[...] Krzyżowa Góra wyróżniała się jedynie nieznacznie w paśmie
Wielkiego Działu. Szczyt był rozległą, zaokrągloną czapą. Kilkumetrowej
wysokości słup geodezyjny stał na środku znacząc wierzchołek. Kiedy
zatrzymaliśmy się i leśniczy zniknął wśród drzew z puszką farby w aerozolu w
ręce, ja skierowałem się w stronę prześwitu, który rokował nadzieje na
przyjemny widok. Łagodny stok, którym podążałem, nagle zakończył się urwiskiem.
Spojrzałem w dół: po kilku metrach stroma skarpa przeszła w chaotycznie
uformowane, niejednolite zbocze, dodatkowo urozmaicone omszałymi głazami. Lekko
pofałdowany dywan koron drzew rozpościerał się poniżej. Używając strzępków
wiedzy geologicznej domyśliłem się, że musiało tu mieć miejsce lokalne
osuwisko, które, sądząc po wieku drzew w dole, wydarzyło się dobre dziesięć lub
dwadzieścia lat temu. Mimowolnie zrobiłem krok wstecz od urwiska.
Kilometr za Krzyżową Górą skręciliśmy w dół. Szliśmy w milczeniu.
Zatrzymywaliśmy się od czasu do czasu, leśniczy znaczył niektóre drzewa farbą i
zapisywał coś w notatniku. Było to, jak powiedział, częścią planowej gospodarki
leśnej, w ramach której tylko naznaczone drzewa szły pod piłę.
Po drodze minęliśmy kilka wycinek, podobnych do tej, przy której
spotkaliśmy Michała i Gienka. Niektóre miejsca były uprzątnięte, z metrówkami i
drobnymi gałęźmi poukładanymi w oddzielne stosy. Gdzie indziej panował bałagan
zostawiony przez drwali. Dawidowicz robił notatki i kręcił z dezaprobatą
głową, to znowu kiwał potwierdzająco.
— Wszystkich musi tu pan pilnować i popędzać do roboty? —
spytałem.
— A gdzie tam wszystkich. Pilarze i wozacy robią na akord, to im się
robota w rękach pali. Nawet jak popiją jednego dnia i nie przyjdą do roboty, to
potem i tak nadrobią i plan wykonają. Z sezonowymi jest inaczej: odbębni taki
jeden z drugim swoje osiem godzin i ma wszystko w dupie. Żeby się choć
przykładali do roboty. Obijają się jak tylko mogą i nic im nie zrobisz;
strażnika przy każdym przecież nie postawię.
Pojaśniało wreszcie kiedy znowu znaleźliśmy się w dolnych partiach, aż
wreszcie wyszliśmy na miejsce, które wydawało mi się znajome. Po chwili dopiero
rozpoznałem je jako to samo miejsce, gdzie poprzedniego dnia rozmawiałem z
końską rodziną. Konie dalej pasły się na polu namiotowym. Ruszyliśmy w stronę
Mirowa wzdłuż torów, tym samym szlakiem, który przemierzałem poprzedniego dnia.
Powtórnie miałem przed oczami płaskie, szerokie dno doliny, porośnięte gąszczem
przeróżnego dzikiego ziela, wysokiego po pas, a miejscami nawet i po głowę,
przez które tylko z ogniem i mieczem przeprawić się można.
— Wsie tu kiedyś były — odpowiedział Dawidowicz, kiedy moje
zdziwienie nad zapuszczonym krajobrazem wyraziłem słowami. — Ukraińcy, albo
Łemki, jak ich zwali. W czterdziestym siódmym wywieźli wszystkich, żeby się
szybciej z UPA oporządzić. Co, o Akcji Wisła pan nie słyszał? — spytał. —
Tego oficjalnie w szkołach nie uczą, to może pan i nie słyszał. Ponad
dwadzieścia tysięcy polskiego wojska brało w tym udział, przeciwko dwóm czy
trzem tysiącom partyzantów. W ciągu zaledwie paru dni ewaku-owano około
trzydziestu pięciu tysięcy ludzi z tego rejonu, dając godzinę czy dwie na
zabranie najpotrzebniejszych rzeczy. Ci ludzie byli w większości Bogu ducha
winni. Pomagali upowcom najczęściej pod groźbą. Co mogli zrobić? Inaczej pogibniosz,
ty i twoja rodzina.
Kręciłem głową z niedowierzaniem. O bohaterskim generale i jego walce z
bandami słyszałem, ale o masowym przesiedleniu ludności ukraińskiej nikt na
lekcjach historii nie wspomniał.
— To i Mirów też był kiedyś ukraińską wsią? — spytałem.
— Nie inaczej. Przesmyki to samo. Tam gdzie na tory weszliśmy —
leśniczy wskazał ruchem ręki za siebie — też. Te wsie tutaj w
Łemkowinach, panie Tomku, od szesnastego wieku istniały; niektóre liczyły po
kilkaset ludzi.
Szliśmy w milczeniu. Patrzyłem w dół na drugą stronę rzeki i próbowałem
sobie wyobrazić – zamiast łanów wybujałych chwastów – pola uprawne, szeregi
chałup krytych strzechą, dzieci biegające po drodze, gdakanie kur, szczekanie psów
i dzwon w cerkwi przywołujący na nabożeństwo. Musiało tu być kiedyś pięknie –
pomyślałem – sielankowo jak na obrazku. Teraz tylko zdziczały ugór pozostał,
krakanie wron i wściekłe wycie spalinowych maszyn.
— Smutne i tragiczne było to całe wydarzenie, ta Akcja Wisła — podjął znowu
leśniczy. — Nie można jednak polskim władzom odmówić przy tym strategicznego
geniuszu.
— Jak pan to rozumie? — spytałem zaskoczony.
— Drugą Irlandię Północną byśmy mieli, panie Tomku. Krew by się tu
nigdy nie przestała lać i ziemia by się trzęsła, a od tego może i cała
Europa [...]. (Rozdział 2, s. 31-33)
@ @
@
[...] — Skąd pochodzisz? — spytał Michał.
Nazwa mojego miasteczka zabrzmiała dla niego obco. Dodałem, że leży ono na
środkowym wschodzie i że w okolicy jest parę ładnych jeziorek. Gienek ożywił
się na wspomnienie jeziora Białka; powiedział, że spędził tam kiedyś parę dni
pod namiotem. Michał pochodził ze Śląska a Gienek spod Warszawy.
— To co cię tu przygnało? — dopytywał się Michał.
— Studiowanie mi zbrzydło — odparłem po krótkim namyśle. —
Postanowiłem dać sobie rok przerwy. A ty? — dodałem szybko, żeby za głęboko w
temat nie wchodzić.
— Ja to się na studia dopiero chcę dostać, ale mi się jakoś do tej
pory nie udało, no i wojsko mnie trochę ściga.
— A na co zdawałeś?
— Elektrykę. Niezły numer co?
— Czemu nie. W porządku kierunek — pochwaliłem bez przekonania. —
Praktyczny chyba też. Tylko ze ścisłych trzeba być dobrym.
— A, sam nie wiem co mi odbiło — powiedział i machnął ręką. —
Myślałem, że będzie łatwiej. — Zamyślił się na moment by nagle znów się ożywić.
— Co ty chłopie myślisz, że mnie się chce uczyć? Od woja chcę uciec i to
wszystko.
— To który rok już tak próbujesz? — spytałem.
— Ten był drugi. Nawet bez wyników wiedziałem, że nic nie wyszło. Jak
wyniki ogłosili, to zaraz dałem nogę, żeby mnie do armii nie capli.
Pomyślałem, że to raczej lekkomyślny sposób na życie, ale nie mnie było
rzucać pierwszy kamień.
— No a co będzie jak się w końcu dostaniesz? — spytałem.
— Jak to co? Biorę legalnie paszport i daje nogę na Zachód. Spróbuję
jeszcze raz w przyszłym roku. Jak się nie uda, to przez granicę się
przeszmugluję; nie wiem jeszcze jak, ale są sposoby. Na Zachodzie, chłopie, to
jest dopiero życie. Tam na bezrobociu masz lepiej niż tutaj z zarobkiem. Ja już
mam plan jak się ustawić: idę na zasiłek, pracuje na czarno i mam potąd. —
Zamaszysty i zdecydowany ruch ręki wskazał okolice brody. — Mojego brata kumpel
jest w Kanadzie. Siedzi na zasiłku dla bezrobotnych, dorabia w polskiej
cukierni czy knajpie i ma, że żyć nie umierać. W Polsce był już parę razy.
— Hm, trochę cię to ustawia na marginesie społecznym — skomentowałem
trzeźwo. — Marne takie życie. To znaczy, dla mnie byłoby marne —
poprawiłem się.
— A co ty, chłopie! Byle kasa była i żeby się za dużo przy tym nie
narobić. Co to ma do rzeczy, czy na marginesie jesteś czy nie?
— A ty, Gienek, jaki wiatr ciebie tu przypędził?
— Północny — odparł enigmatycznie. — Palić tu można u ciebie?
— A pal.
Po chwili wrócił z popielniczką. Poczęstował papierosem, odparłem że nie
palę.
— Dobrze robicie, chłopaki. Palenie szkodzi na urodę.
— Aha, to teraz wiem skąd żeś się taki „maszketny” zrobił —
rzucił Michał.
— Jak by mi twoją gębę dawali, to bym i za darmo nie chciał —
odkuł się Gienek.
— Takiej za darmo nie dają — zaśmiał się Michał. — W kolejce długo
trzeba stać.
— Hm, na przeszczepy dobra. Kiedyś się jakaś matka pomyli i pieluchę
ci na gębę założy.
Zarechotaliśmy wszyscy trzej.
— To jaki plan na resztę dnia? — spytałem.
— A jakiż tu plan można mieć? — obruszył się Michał. — Albo nie,
czekaj — ożywił się nagle. — Najpierw idziemy na koktajl party do Gawryły,
potem przyjęcie u leśniczego, a potem balanga w ekskluzywnym lokalu pierwszej
kategorii „Pod Sosną” w Odłogach.
— I burdel na zakończenie — dorzucił Gienek wydmuchawszy ostro smugę
dymu.
— Tak jest — przytaknął Michał. — O tym zapomniałem. Hej, wolnego z
tym burdelem — przypomniało mu się po chwili. — Ty kobietę masz, bracie.
Już ty sobie tak nie możesz to tu – to tam...
Gienek nic nie odpowiedział tylko głowę opartą o ścianę lekko przekręcił w
stronę Michała, dając mu do zrozumienia, że temat mu nie leży.
— No to co robimy? Coś trza na ruszta wrzucić. — Michał wrócił na tor
bez mrugnięcia okiem. — Hej, albo zrobimy tak: ty Gienek zostań, grzej bigos i
rób herbatę, a my z nowym podskoczymy do starego Oleszczyka po pół litra
„zajzajeru”.
— Może lepiej zwyczajnie, wódkę. Nie wiadomo, z czego ten sukinsyn
pędzi. Ostatni raz łeb mi mało nie pękł.
— No jak chcesz, tylko że normalna siwucha będzie droższa — odparł
trzeźwo Michał.
— Zrób jak uważasz — Gienek dał za wygraną.
Złożyliśmy się po sto złotych i poszliśmy.
Drzwi otworzył nam ostrożnie przysadzisty, niski mężczyzna z ciemną,
przyprószoną siwizną czupryną na jeża. Okrągła nalana twarz z workami pod
zaczerwienionymi oczami, której człowiek nie zaufałby na pięć złotych, wyrażała
niechęć i czujność.
— Czego? — warknął patrząc na mnie nieufnie.
— Napojów chłodzących nam trochę zbrakło, panie Oleszczyk —
powiedział Michał przez lekko uchylone drzwi. — Można u pana coś dostać?
Najprędzej to po ryju, pomyślałem, nie mogąc zachować całkowitej powagi w
obliczu kontrastu pomiędzy naiwną uprzejmością ministranta i gburowatością
szelmy.
— Co chcesz? Kupne czy swojej roboty?
— Swojej roboty.
Mężczyzna otworzył drzwi i wpuścił nas do dusznego,
smrodliwego przedsionka i kiwając się na krótkich pałąkowatych nogach zniknął w
drzwiach. Po chwili przyniósł półlitrową butelkę z cieczą, której mniej niż
doskonała przeźroczystość świadczyła o domowym pochodzeniu produktu.
Pomyślałem, że to równie dobrze mogła być słaba herbata albo coś jeszcze
gorszego: łapiesz taką butelkę i lecisz, a potem drzwi na klucz i „reklamacji
nie przyjmujemy”. [...] (Rozdział 2, s. 36-9)
@ @
@
[...] Jego matka była Polką, a ojciec francuskim Żydem. Poznali się w
czasie wojennej tułaczki w Anglii, a po wojnie przyjechali do Polski, by tu się
osiedlić i założyć rodzinę. Jego prawdziwe imię, lub ściślej to, pod którym był
znany w intymnym gronie bliskich, brzmiało Saul – tego imienia przynajmniej
zawsze używał ojciec.
— Saul — powtórzyłem, by usłyszeć imię jeszcze raz. — To brzmi dziwnie
znajome, tak jakbym je już wiele razy słyszał, a przecież to anglosaskie imię.
— No, niezupełnie — poprawił Józef — to jest raczej angielska i francuska
wersja popularnego żydowskiego imienia Szaul, po polsku – Szaweł.
Kiedy przekazałem mu głupawe aluzje moich współpracowników,
uśmiechnął się wstydliwie pod wąsem.
— Przynajmniej nie brak im poczucia humoru — odparł, po czym,
zaczynając z pewnym zaambarasowaniem, opowiedział historię, która brzmiała
niewiarygodnie.
Dzięki masie swojego ciała i dobrej kondycji fizycznej, potrafił wlać w
siebie duże ilości alkoholu, od którego w przeszłości, jak się zwierzył, nie
stronił. Na studiach traktowany był jako jeden z bardziej towarzyskich ludzi na
roku, był duszą imprez i nocy brydżowych. Jakieś nieco ponad rok temu
celebrował zdobycie dyplomu informatyka z kumplami w akademiku. Impreza
rozwijała się tradycyjnie i planowo, łącznie ze znaczną ilością wypitej
gorzały. Józef bawił się dobrze, za dobrze nawet i w pewnym momencie poczuł, że
potrzebuje świeżego powietrza. Wyszedł na korytarz, a potem na zewnątrz na
schody przeciwpożarowe. Nieświadomy swojego własnego wzrostu, w alkoholowym
zamroczeniu oparł się o poręcz, która sięgała mu ledwie do bioder. Zamiast na
metalową solidną balustradę, natrafił na pustkę. Przekoziołkowawszy, poleciał w
dół na łeb na szyję, zahaczając co jakiś czas o poręcze na niższych sześciu
piętrach, co być może uratowało mu życie, zmniejszając siłę uderzenia o
betonowy chodnik. Stan rozluźnienia mięsni pod wpływem alkoholu miał jednak
decydujące znaczenie w ocaleniu, tak przynajmniej mówili mu potem lekarze.
Skończyło się na wielokrotnych powikłanych złamaniach, wstrząsie mózgu i
naruszeniu organów wewnętrznych. Cudem przeżył. Dochodząc do siebie w szpitalu
nękały go różne zwidy i majaki, które mózg odgrywał na jawie i we śnie, jak
tworzy się film ze strzępków rzeczywistych lub urojonych wydarzeń, krajobrazów,
twarzy i słów. Zaczął też miewać dziwne powtarzające się sny. Śniła mu się
ikona podobna do tych, jakie można zobaczyć w prawosławnych kościołach. Ta była
szczególna: mały Jezus tulił się do matki, obejmując ją za szyję i płacząc. We
śnie Józef widział wyraźnie, jak łzy spływały po twarzy i dalej w dół po
szatach. Na dole obrazu widoczna była krótka inskrypcja, jarzącymi się jak
sztuczne ognie literami, przedstawiająca znak krzyża a potem słowo „GORY”. Sen
powtarzał się prawie co noc i nie zniknął nawet po wyjściu Józefa ze szpitala.
Zaniepokojony i zaintrygowany zaczął szukać przyczyn. Odwiedzał lekarzy i
psychologów, a ci nie wykluczali, że upadek mógł spowodować uszkodzenia w
mózgu. Studiując materiały historyczne dowiedział się, że sztuka tworzenia ikon
powstała w pierwszych wiekach pierwszego tysiąclecia i że legenda przypisywała
jej ojcostwo Świętemu Łukaszowi. Jeden z największych ośrodków ikonotwórstwa
znajdował się na górze Atos w dzisiejszej Grecji. Sztuką rządziły ścisłe
reguły, które nie pozostawiały miejsca na artystyczną indywidualność czy
dynamiczne środki wyrazu. Na obrazach dominowały kontemplacja, nabożne
skupienie i powaga, które miały przypominać wiernym o ojcowskiej surowości
samego stwórcy.
— Pamiętam, jak kiedyś ojciec zabrał mnie do ziemi naszych przodków —
wspominał Józef. — Miałem wtedy chyba dziewięć czy dziesięć lat. Odwiedziliśmy
przy okazji Egipt. W Kairze, oprócz innych zabytków, zwiedziliśmy stary kościół
koptyjski, który był jednym z pierwszych, jeśli nie pierwszym zorganizowanym
kościołem chrześcijańskim. Była tam ikona podobna do tej, która mi się potem
śniła. „Tato — spytałem — Czemu Jezus na obrazie tak się boi i płacze? Przecież
jest Bogiem.” Ojciec nie odpowiedział od razu. Potem spacerując ulicami miasta
i przesiadując na skwerach długo rozmawialiśmy. Ojciec mówił o Abrahamie,
Izaaku, Jakubie, Józefie i jego braciach, o Mojżeszu. Napomknął też o naszej
winie i o odpowiedzialności, żeby naprawić błędy. Mówił, że synowie muszą
naprawiać winy ojców, potomkowie muszą odkupić grzechy przodków.
— Pewnie miał na myśli ogólnie winę Żydów za ukrzyżowanie Chrystusa —
wtrąciłem ostrożnie.
— Może i tak — odparł Józef. — Tylko że, widzisz, to każdy wie i nie
posądzam ojca, żeby powtarzał mi takie oczywiste rzeczy. Był naukowcem, fizykiem;
oczytany, inteligentny, kosmopolita. Mam wrażenie, że miał na myśli coś innego,
coś szczególnego, jakby naszą rodzinę osobiście. Żałuję, że wtedy nie spytałem,
ale byłem za smarkaty żeby wszystko zrozumieć. Teraz już za późno. — Józef
zamyślił się. — Kiedy indziej mówił, że nieprzeciętne zdolności i inteligencja
były u nas rodzinne — zaczął na nowo — i że odziedziczyliśmy je po jakimś
przodku; jakim, tego nie wiem. Ojciec grzebał się w genealogii, ale jeśli się
czegoś dowiedział, to zabrał to ze sobą do
grobu.[...] (Rozdział 4, s. 55-58)
@ @
@
Gawryło opowiedział smutną historię Chwalkowej emigracji i powrotu. Z
rodzinnego Jawornika wywieźli ich w olsztyńskie, całą rodzinę z żoną i
małym dzieckiem i z taką ilością dobytku, jaką mogli zebrać w ciągu krótkiego
czasu, jaki im dano. Tam urodził się Stach. Po paru latach tragedia dosięgła
rodzinę: niedługo po trzecim porodzie zmarła żona Chwalka. O ile do tego
czasu Chwalko miał jeszcze zapał do harówki na roli, zapuszczania korzeni na nowym
miejscu i dorównywania sąsiadom, którzy traktowali go jako „zabudz-kiego”
przybłędę Ukraińca, tak po śmierci żony coraz mniej się interesował gospodarką,
a coraz częściej sięgał po kieliszek i wspominał stare dobre czasy w
Łemkowinach. Starszy syn Kazik poszedł do szkół do miasta, a malutką Marysię
dobrzy ludzie pomogli wychować i posłali do zakonnic jako pomoc, gdzie miała
zapewniony wikt i opierunek. Kiedy po wydarzeniach pięćdziesiątego szóstego
roku nastała polityczna odwilż i kiedy przymusowym emigrantom zezwolono na
powrót, Chwalko wrócił w rodzinne strony ze Stachem. Nie było jednak od czego
zaczynać na nowo, bo wieś już nie istniała. Po zabudowaniach pozostały tylko
ślady piwnic i fundamentów, pola zarosły chwastami i krzewami. Zdziczałe drzewa
owocowe świadczyły, ze kiedyś znajdowały się tam przydomowe sady. Chwalkowi
dostało się gospodarstwo w Smolarach, ale po paru latach dał za wygraną, rzucił
rolę i przyjął się do roboty w pegeerze w Odłogach. Marna to była praca i
mizerne życie, bez celu i sensu, i bez nikogo, kto czekałby, gdy wracał po
dziennym mozole. Szukał więc ucieczki w alkoholu, a Stach, bez lepszego
przykładu i mądrej głowy, poszedł w ślady ojca. Któregoś dnia Gawryło zawitał
do baru „Pod Sosną”, rozpoznał po głosie swoich braci Łemków i przysiadł się.
Po paru godzinach rozmowy zakrapianej siwuchą postanowił, że nie może ich
zostawić na pastwę losu. Zaświtał mu w głowie plan, który był rozwiązaniem i
dla Chwalka i dla niego. Niedługo potem Gawryło z żoną przenieśli się do Mirowa
do jednego z pustych domów, wziąwszy dwa konie i wóz jako swoją część majątku;
resztę zostawili synowi. Gawryło zaczął wynajmować się do pracy w lesie jako
wozak, a do pomocy wziął Chwalka i Stacha, którzy zamieszkali w tym samym domu,
w mieszkaniu obok.
— No i tak zostało — zakończył Gawryło. — Razem robim i razem
pijem. Moja czasem ugotuje im garnek rosołu albo koszule upierze, żeby z
głodu nie poumierali i nie zaśmiardli się. I tak żyjem sobie powoli, aż umrzem.
— Ej, do śmierci, panie Hawryluk, to jeszcze daleko. Nie
ma co jej tak wyglądać; sama przyjdzie — powiedział Michał w formie
pociechy.
— Oj, toż może ty masz i rację, młody, ale gówniane to życie,
gówniane. Człowiek tylko pracuje, żre i sra. Hej, długopis — Gawryło rzucił w
stronę Mietka — Nie wstrzymuj tam tylko polewaj. Jedziem chłopcy dalej z tym
koksem, jedziem, bo się ściemnia.
Kiedy Gawryło podnosił papierosa do ust, trzymając go w lewej ręce,
zauważyłem, że brakowało mu części małego i serdecznego palca. Normalnie nie
ważyłbym się o tym wspomnieć, ale po paru kolejkach ciekawość wzięła górę nad
taktem.
— Ot, zwykła głupota ludzka, student — odparł Gawryło kręcąc głową z
samokrytyczną dezaprobatą, na co Chwalko zachichotał, prawie wypluwając płuca.
Gawryło opowiedział jak to on i paru kolesiów, jeszcze za dawnych czasów w
Smolarach, zebrali się zimą na małą popijawę. Nudno było, mówił, jak to zimową
porą i czas jakoś trzeba było zapełnić. Pili więc sobie w najlepsze u jednego
takiego w domu, kiedy ktoś rzucił pomysł, żeby wzorem barbarzyńskich obyczajów
podpatrzonych w telewizji, z zawiązanymi oczami siekierą między palce ręki
rozłożonej na pieńku celować. Gawryło jak oświadczył, do tchórzliwych nie
należał, zwłaszcza kiedy sobie podpił, więc bez większego zastanowienia podjął
wyzwanie.
— Wyszliśmy na podwórko i podeszli do kupy porąbanego drzewa – opowiadał
Gawryło – bo tam akurat był dobry pieniek. Nienajgorzej mnie nawet szło na
początku. Trochem sukinsynów oszukiwał i żem podglądał spod szalika co mi na
oczy zawiązali. No, taki głupi to już nie jestem, student — zadeklarował swoją
roztropność Gawryło — Żeby tylko ten baran Pioter Salczyszyn durnej gęby nie
otworzył. „Dobrze ci, kurwa, idzie, Gawryło,” mówi. „Ciekawe czy jeszcze
babie w dziurę umiesz wcelować.” Wszystkie wkoło zaryczeli i jam też się
zaśmiał. Siekiera poleciała tam gdzie nie trzeba, no i masz babo placek: jeden
palec prawie całkiem odcięty i drugiego kawałek.
Cała gromada zanosiła się od śmiechu, każdy na swój sposób: Chwalko
gruźliczo, Stachu jakby w Afryce padlinę zwietrzył, Mietek, Michał i ja omal
się dławiąc, a Genek szczerząc zęby spomiędzy gęstwiny czarnej brody.
Gawryło ciągnął dalej.
— Ratować my chcieli te kawałki palców, bo w szpitalu jeszcze by ich mogli
przyszyć. Ale gdzie tam. Kury się zleciały i zabrały. — Donośny zespołowy
śmiech przerwał opowiadanie. — Ganiali my te kury po całym podwórku, co raz
przewracając się w śniegu, bo lód był pod śniegiem. Ni cholery nie dało; albo
kury zżarły albo gdzieś przepadło pod śniegiem.
Długo jeszcze śmiech roznosił się po lesie. Potem, kiedy musztardówka
zataczała dalsze kręgi, parę innych zabawnych opowiastek uprzyjemniło nam
czas. Stach opowiedział, jak to niemieccy dewizowi myśliwi, którzy tu
przyjeżdżają na polowania, zachleli się do nieprzytomności, pobłądzili w lesie,
a leśniczy potem ludzi w nocy budził, żeby ich szukać. Mietek
przypomniał, jak to komuś hamulce w wozie puściły i koń się o drzewo zabił.
Gawryło przytoczył historię o tym, jak niedźwiedź przynęcony rybami wystraszył
wędkarzy muchowych, co zjechali na międzynarodowe zawody na Otławie.
— Francuzy i Włochy najszybciej spieprzali — mówił zaśmiewając się. —
Wędki porzucali i zostawili ryby na brzegu, to się misza miał czym pożywić.
Potem Mietek wspominał, jak dygnitarz z Warszawy, minister albo i sam
premier przyleciał helikopterem, żeby sobie popolować. Ceregieli i zachodu przy
tym było, że nie uwierzyć, mówił. Saperów nawet ściągnęli, żeby miejsce na
lądowanie wybrać.
— A do Nieścioruczki, jak ją kamienie nerkowe męczyły, że od bólu mało nie
zgłupiała, to ni jak doktorów się nie dało przywieźć. Baba mało nie
umarła. Helikoptera z doktorami nie ma gdzie posadzić, mówili — skończył
Mietek.
Gienek też się rozruszał i po paru rundach musztardówki powspominał
przygody w handlu dolarami. Ze szczegółami opowiedział na przykład, jak
„przewałkę” zrobili z całym autobusem Niemców, albo z polskimi handlarzami na
dworcu w Budapeszcie.
— To proste — mówił. — Robisz plik: jeden prawdziwy banknot
dolarowy na wierzchu, drugi pod spodem, a w środku gazety. Potem zadymę kumple
robią, że niby nagonka, tajniacy albo milicja. Klient panikuje, daje
forsę, bierze plik i spieprza.
— Niemców to jeszcze rozumiem, cygan — powiedział Gawryło — ale
żeby tak swoich? Nie szkoda ci było swojaków?
— Szkoda to jak krowa do studni nasra — Stach przyszedł Gienkowi na
odsiecz — bo to ani gnoju ani wody.
Śmiech znowu zadudnił echem po lesie.
Napomknąłem później o mojej wyprawie do Pokinut, o źródle i kaplicy; że
taka schowana w leśnym gąszczu i że takie niesamowite wrażenie na mnie zrobiła.
W trakcie opowiadania zauważyłem, że Chwalko żegna się kilka razy pod rząd i
lękliwie rozgląda się na boki. Kiedy spytałem, czy się czego wystraszył, czy
może taki religijny, powiedział, że to zauroczone miejsce. Kiedyś koło
kapliczki stała cerkiew. Spaliła się zaraz po wojnie. Zginął tam pop, ponoć z
ręki partyzantów. Nikt tam nie chodzi i ludzie rożne rzeczy mówią o tym, co tam
dzieje się w nocy. Niektóre historie aż strach powtarzać. Nadstawiłem uszu i
pociągnąłem Chwalka za język. Ten pop to był dziwny charakter, przypominał
Chwalko, znachor i wróżbita; ludzie mówili nawet, że heretyk. Dotykiem leczył i
wodą ze źródła. Okolicznym chłopom mówił, gdzie drzewa sadzić i studnie kopać,
rzadko kiedy się myląc. A takie rzeczy wygadywał prywatnie i z ambony, że biedny
prosty lud kołowaciał. Podniesienie przeskakiwał, albo czasem nic innego nie
było tylko śpiewy i czytanie Ewangelii. A jak się go ktoś zapytał, to mówił,
żeby poszedł, ukrzyżował sobie kogoś i na pamiątkę sobie podniesienie w domu
odprawiał, bo on z domu bożego miejsca rozrywki dla ludu nie zrobi.
— Pomieszało mu się całkiem w głowie — opowiadał Chwalko. — Ludziom
zabraniał Zbawiciela naszego Bogiem albo Synem Bożym nazywać, a temu kto mu
powie co Odkupiciel za młodego robił, zanim nauczać zaczął, całe dwa metry
pszenicy podobno obiecał.
— Nie pomyliło się tobie coś? — wtrącił Gawryło. — Mnie babka opowiadała o
popie, co trzy metry żyta dawał temu, kto powie ile bogów mamy, jednego czy
trzech. Nikt żyta nie dostał, bo jak kto powiedział że jednego, to pytał
czy o Trójcy Przenajświętszej przypadkiem nie słyszał; a jak kto odpowiedział
że trzech, to go od odszczepieńców od Cerkwi nazywał, bo jeden Bóg tylko jest.
Oj, niezły to musiał być numer — śmiał się Gawryło. — W moim typie
chłopak był.
— Zabili go podobno, jak cerkwi bronił przed spaleniem — wspominał
Chwalko. — Banderowcy nic po sobie nie zostawiali i palili wszystko w kibinimatery.
Łemkowiny całe w łunach były i dużo krwi się polało.
Kiedy spytałem czy pozostawił po sobie rodzinę, Chwalko wiedział tylko, że
miał córkę, którą do szkół posłał, ale co się z nią stało, nie wiedział.
— Mówią, że stara Potapczuczka to popicha — wtrącił Mietek. — Może to
ona. [...] (Rozdział 5, s. 73-78)
@ @
@
[...] W dzień Wszystkich Świętych poszliśmy wieczorem z Michałem do
klubu młodzieżowego w Smolarach. Mieścił się on w starym drewnianym domu
należącym do wdowy, która – sobie zostawiwszy tylko kuchnię i jeden pokój –
wydzierżawiła resztę na użytek okolicznej młodzieży. Obie części miały
oddzielne wejścia po przeciwnych stronach domu.
Kiedy dotarliśmy na miejsce zapadł już zmrok. Przeszliśmy przez ganek i
znaleźliśmy się w przedsionku prowadzącym do części sprzedaży detalicznej,
gdzie można było kupić słodycze, napoje, papierosy, artykuły higieniczne i wiele
innych drobiazgów. Po chwili, z butelkami oranżady w rękach, przeszliśmy do
świetlicy po drugiej stronie przedsionka. Grupki nastolatków, głównie
chłopaków, rozlokowały się po pokoju przy stolikach. Jedni rozmawiali, inni
oglądali telewizję albo grali w karty. Mietka dojrzałem bez trudu w małym
trzyosobowym gronie. Łatwo go było zauważyć, bo przewyższał pozostałych
przynajmniej o głowę. Byli zajęci grą w durnia i Mietek dostrzegł nas dopiero,
kiedy znaleźliśmy się przy stoliku.
— O, wreszcie panowie szlachta do klubu trafili! — rzucił Mietek w
naszym kierunku ledwie odrywając oczy od kart.
— Nie chce się jakoś wyłazić z domu — odpowiedziałem
usprawiedliwiająco.
— Hej, siadajcie, co będziecie stać. Niech wam nie wisi — zachęcił
Mietek, wskazując wolne miejsce przy stoliku. — Heniek, weź no się przesuń
trochę.
Usiedliśmy z Michałem obok grających, przyjąwszy rolę kibiców. Heniek miał
zaspany wyraz twarzy, mówił jąkając się i co jakiś czas pociągał nosem. Jurek,
najniższy w grupie, sprawiał wrażenie najbardziej rozgarniętego z całej trójki,
sądząc choćby po sukcesach w grze. W duecie z Heńkiem, z którym, jak się
okazało, byli nierozłącznymi przyjaciółmi, stanowił myślącą i gadającą stronę.
— Wychodź, Heniek, do cholery, bo nie mamy czasu do jutra — upomniał
Mietek.
— Zostaw chłopaka, niech się zastanowi — odparł Jurek zanim Heniek
zdążył się odezwać. — Z wprawy wyszedł, to mu i niełatwo myślenie idzie. Skup
się Heniu, skup — doradził mu przyjaciel. — Tylko się nie pobrudź.
Zachichotaliśmy mimowolnie, podczas gdy Heniek nie zwracał uwagi na drwiny,
przyglądając się uważnie kartom w ręku. Wreszcie wyszedł do Mietka z dwóch dam,
w tym jednej atutowej.
— To nic mniejszego nie masz? — upewnił się Jerzy.
— Nie — odparł Heniek krótko, pociągając nosem.
Mietek wziął karty nawet nie próbując ich przebić.
— Dobre wyjście, panie Henryku.
— Myślał, myślał i wymyślił — dorzucił Jurek wychodząc do swojego
towarzysza z trzech dziesiątek.
— Gdzieś ty to gówno uchował? — spytał tamten wolno cedząc słowa
swoim nosowym głosem. Ledwie zdążył położyć jednego waleta na dziesiątkę, kiedy
Mietek dorzucił mu dwa następne.
— A ty, Mietek, co, gnój z obory wywalasz, czy co?
— Bij, nie pieprz — krótko skomentował Mietek. — A jak nie, to bierz.
Król, którym Heniek pobił, spowodował dodatkowego od Mietka, co dało
komplet sześciu kart na stole nie do pobicia.
— Słyszeliśmy, Heniek, że lubisz zbierać, to pomyśleliśmy że trzeba
ci coś dorzucić — pocieszał go jego przyjaciel.
— Najlepiej to mu się kartofle zbiera — dodał Mietek.
— Albo opierdol od ojca — zakończył Jurek, wywołując wesołość dookoła
stołu.
Śledziliśmy jeszcze przez jakiś czas przebieg wydarzeń, bardziej dla
interesujących komentarzy niż dla samej gry. W kolorowym radzieckim telewizorze
leciał dziennik. Niewyraźne, rozmazane barwy i śnieżny obraz stanowiły normę i
nikt ani nie protestował ani nie próbował regulować. Nie było w wiadomościach
niczego, czego bym przedtem wiele razy nie słyszał. Kraj się podnosi z kryzysu.
Tyle i tyle stali wypro-dukowano, tyle i tyle węgla, mleka i mięsa. Trudności
są, przejściowe i chwilowe, ale to wszystko się pokona i zmieni na lepsze.
Kiedy? Nikt nie wie; nie za prędko, bo bałagan, który Solidarność narobiła,
pogłębił się i nasilił problemy. Entuzjazm, z jakim załogi zakładów produkcyjnych
witały dygnitarzy rządowych wskazywałby, że poprawa nastąpi lada moment; niech
tylko robotnicy zakaszą rękawy, to ho ho ho! Było też sporo o pokojowych
inicjatywach Związku Radzieckiego i o przygotowaniach do spotkania na szczycie
w Genewie. Jakiekolwiek są motywy obu stron, pomyślałem, to idzie ku lepszemu.
Z tą myślą odwróciłem uwagę od dziennika i zatrzymałem wzrok na drzwiach
uchylonych do pomieszczenia, z którego dochodziły odgłosy gry w tenisa
stołowego. Ruszyłem w tamtym kierunku, a Michał za mną.
Stół pingpongowy zajmował większość pomieszczenia, zostawiając niewiele
miejsca dla graczy i stojących przy ścianach widzów. Szybko zorientowałem się,
że grali w szóstki i zdecydowałem się przyłączyć do gry. Jako że graczem byłem
niezłym a przeciwnicy raczej średniej klasy, zostałem więc przy stole dobrą
chwilę, aż mi się znudziło i postanowiłem przegrać dla odpoczynku. Podczas gry
czułem wpatrzoną we mnie parę oczu, ich właścicielka stała oparta o ścianę w
towarzystwie przystojnego blondyna. Przyjrzałem się jej lepiej. Była młodsza
ode mnie o kilka lat. Miała proste, sięgające szyi jasne włosy, gotowe do
uśmiechu usta, żywe, zdziwione oczy i mały, nieco zadarty nos. Nasze spojrzenia
spotkały się raz czy dwa. Michał jej nie znał i powiedział, że jest pewnie
przyjezdna. Żal było odchodzić nie zamieniwszy ani słowa; miałem jedynie
nadzieję, że jeszcze ją spotkam.
Ciemno było choć w mordę daj kiedyśmy wracali. Szło się prawie po omacku,
co zdenerwowało Michała nieco ponad miarę, jak mi się zdawało. Postanowiłem
głośno, że następnym razem weźmiemy latarkę. Michał zadecydował, że jeśli o
niego chodzi to następnego razu w ogóle nie będzie i że z nudów można tu
zdechnąć. Moje odczucia były nieco odmienne, ale nie
protestowałem.[...] (Rozdział 6, s. 90-93)
@ @
@
[...] Szliśmy spiesznym krokiem, nie tracąc czasu. Kilometr czy dwa za
punktem załadunkowym Józef wskazał strumień po lewej stronie, który bardziej
było słychać niż widać pośród listowia. Strumień przepływał pod drogą i łączył
się z Mirowym Potokiem, wyjaśnił Józef, a zaczynał się nieco poniżej Krzyżowej
Góry. Gdyby nam się chciało przedzierać przez las wzdłuż strumienia, to byłby
to niezły skrót. Odrzuciliśmy tę możliwość po krótkim namyśle i parliśmy dalej
wygodną leśną drogą. Osiągnąwszy Wielki Dział skręciliśmy w lewo na znajomy
szlak pomiędzy smukłymi bukami. Czerwień zachodzącego słońca zaczęła sączyć się
między drzewami. Józef zatrzymał się i podprowadził mnie do prostego
drewnianego krzyża nieopodal ścieżki. Krzyż znaczył zbiorowy grób żołnierzy
poległych w czasie pierwszej wojny. Zimą 1915 roku toczyły się tu krwawe walki,
kiedy front zatrzymał się na tym paśmie wzgórz, wyjaśnił mi. Zginęło bardzo
dużo ludzi, część od kul a część z zimna, walcząc beznadziejnie i bezsensownie
za swoich cesarzy w imię starego systemu, który i tak skazany był na zagładę.
Potem, po drugiej wojnie, UPA miała tu swoje umocnienia.
— To jeszcze może jakieś karabiny czy hełmy dałoby się tu znaleźć,
co? — spytałem.
— Może byś i co znalazł, nie wiem.
— Z pierwszej wojny? — spytałem zaintrygowany
— Nie, z potopu szwedzkiego! — odparował Józef. — Gdzieżby się co
uchowało z pierwszej wojny. Upowcy mieli swoje kryjówki. Podziemne korytarze,
szpitale, stajnie, wszystko. Mogli tu siedzieć jak długo chcieli, tylko po
prowiant musieli schodzić w dół do wiosek. Niejeden z nich został pewnie tu na
zawsze, także coś znajdziesz jak poszukasz: a to piszczel, a to czaszkę...
— Ee, kitujesz. — Czasem trudno było wyczuć, kiedy Józef mówi na
serio.
Ruszyliśmy, by po krótkim raźnym marszu osiągnąć szczyt Krzyżowej Góry.
Obeszliśmy płaską czapę wierzchołka wzdłuż i wszerz i zatrzymaliśmy się przy
kamiennym obelisku, który mimo imponującego wyglądu nie oznaczał nic więcej
poza punktem geodezyjnym. W zapadającym zmierzchu zeszliśmy nieco po zboczu i
obeszli wierzchołek, by po półgodzinnych poszukiwaniach powrócić do granitowego
słupa. Nic nie znaleźliśmy. Przykucnęliśmy opierając się plecami o zimną skałę.
Wysiłek fizyczny złagodził mój zabobonny lęk przed gęstniejącym mrokiem. I
czego się bać, pomyślałem? Czymże noc w lesie różni się od nocy w zabudowanym
terenie? Chyba głównie tym, domyślałem się, że wroga siła – cokolwiek by to
było – jest w stanie podejść cię tak blisko jak chce, jak partyzanci. Omalże
nie przeżegnałem się na wspomnienie tych ostatnich.
— Hej, Józef!
— Co? — doszedł głos zza rogu granitowego słupa.
— Właściwie to czemu tę górę nazywają „krzyżowa”? Ja tu żadnego krzyża nie
widzę, ani żeby się co krzyżowało.
— Kiedyś się krzyżowało — doszedł mnie niechętny glos z mroku.
— Co?
— Gówno. Teraz chcesz pewnie długą odpowiedź, co?
— No — mruknąłem, chichocząc nerwowo.
— Kiedyś przecinało się tu parę wiejskich dróg i stykały się granice
gruntów okolicznych wsi. Zadowolony? — spytał na koniec.
— Zadowolony — odparłem.
— No to fajrant. Swoje odwaliłeś; zobaczyłeś co miałeś zobaczyć, a
teraz w drogę, bo i tak już nas nocka zastała — ponaglał Józef dźwigając się na
równe nogi.
— Ej, jeszcze chwilę, poczekaj. Chodź, przejdziemy się tam, do
krawędzi — powiedziałem wskazując w kierunku zachodu. — Tylko tam jeszcze
zerkniemy i wracamy.
Stąpaliśmy wolno, od czasu do czasu zapalając latarkę, co niewiele dało,
raczej utrudniało, bo po zgaszeniu człowiek ślepł jak kret.
— Feel the force, Luke — powiedział Józef półgłosem
za mną.
— Co?
— Nieważne, idź.
Obok grobów które być może mijaliśmy, przeżegnałem się w myśli za
dusze poległych wojaków.
Stanęliśmy na krawędzi stoku, oświetlając go latarką.
— Tyś chyba zwariował — zasyczał Józef w ciemności, kiedy oznajmiłem
mu, że będę schodził w dół. — Chcesz się tu zameldować na pobyt stały?
— Jak chcesz to wzywaj milicję, ja idę — odpowiedziałem opętany
nieodpartą siłą, która kierowała mnie do miejsca, gdzie stroma ściana fliszu
przechodziła w nieregularne zbocze.
Czułem jak Józef złapał mnie za kurtkę, by po chwili mnie puścić.
Zamarliśmy jak posągi, obaj w tym samym momencie słysząc nieznajomy dźwięk. Na
prawo od nas słychać było miarowy szelest liści, sugerujący powolne i ciężkie
kroki. Mógł być to równie dobrze wytwór mojej wyobraźni, ale przekonany byłem,
że słyszałem brzęczenie łańcucha. Odgłosy oddalały się od krawędzi, przecięły
naszą bezpośrednią linię odwrotu i zmierzały z powrotem w stronę urwiska. Jeśli
kiedykolwiek wątpiłem czy włosy rzeczywiście mogą stanąć na głowie, tego wieczora
miałem potwierdzenie. Omdlewające uczucie owładnęło moim ciałem, miałem ochotę
położyć się i zostać tam na zawsze. Z otumanienia wyrwało mnie uderzenie grudek
ziemi po twarzy. Nic tylko rosyjscy i austriaccy żołnierze z grobów wyszli,
żeby nam miejsce zrobić, błysnęło mi trwożnie przez umysł, albo jakiś
banderowiec bierze spóźniony odwet.
— Spieprzamy, Józek, szybko — wyszeptałem w stronę towarzysza,
który był już w locie zanim zdarzyłem skończyć.
Gnaliśmy jak dwa wichry, jeden poganiany przez drugiego. Raz się potknąłem
i rozłożyłem jak długi, oczekując kościstej ręki zamykającej się na mojej
kostce, by mnie zawlec w otchłanie piekielne. Podniosłem się i pędziłem w
panice podążając za oddalającą się sylwetką Józka. Bieg był to niełatwy i
niebezpieczny, bo mało co było widać; tylko parę gwiazd i księżyc,
prześlizgujący się miedzy chmurami, dawały odrobinę światła. Niechby konar jaki
wystający albo korzeń, to nie daj Boże – ręka noga mózg na ścianie. A
niech to, pomyślałem wreszcie, tracąc oddech i zwalniając do szybkiego marszu;
niech się dzieje co ma się dziać. Nie wiedziałem, gdzie jestem i bardziej
przypadkiem niż zgodnie z zamiarem znalazłem się z powrotem na ścieżce. Idąc
szybkim krokiem, mając jedynie nadzieję, że zmierzam na południe, nic nie
słyszałem poza biciem własnego serca i pulsowaniem tętnic. W dali zobaczyłem
wątłe światło. W pierwszym momencie przyprawiło mnie to o ponowny atak paniki,
by po chwili, kiedy poprzez zagłuszający szum krwi w uszach usłyszałem swoje
imię zrozumieć, że były to znaki dawane mi przez mojego towarzysza.
— Jaja, co? — powiedziałem, kiedyśmy się zrównali i ruszyli razem
przed siebie.
— Ja bym to inaczej nazwał — usłyszałem. — Coś mi tu nie
gra.
— Wierzysz w duchy i tego typu rzeczy? — spytałem.
— Nie za bardzo. Wydaje mi się, że ktoś czy coś nie chce, żebyśmy się
tam szwendali. [...] (Rozdział 6, s. 94-98)
@ @
@
[...] Porządny polski rock lat osiemdziesiątych leciał z głośników,
świeży i oryginalny – efekt świtającej w kraju wolności. Kawałki, takie jak
„Paw”, „Ta noc do innych jest niepodobna” czy „W moim ogrodzie” przeplatane
były zagranicznymi hitami prosto z listy przebojów Niedźwiedzkiego.
Podrygiwałem do rytmu mimowolnie. Pomyślałem, że fajnie byłoby wejść do środka
i potańczyć, gdy nagle sielanka została przerwana przez gwałtowne i bolesne
szarpniecie za ramię. Rozejrzałem się dookoła: to był ten nieprzyjemny typ z
bladą gębą i martwymi ślepiami rekina, którego widziałem z rudzielcem w
Mirowie.
— Hej, uważaj kolego — rzuciłem za nim.
Zatrzymał się i obejrzał, jak gdyby mnie wcześniej nie zauważył.
Wiedziałem, że czekał tylko na ten moment. Po chwili miałem jego gębę tuż przed
sobą.
— Coś powiedział? — spytał, z ciosem o parę sekund od mojego nosa.
— Powiedziałem, żebyś uważał jak idziesz, bo ludzi potrącasz —
odparłem grzecznie ale stanowczo.
— Ty mnie tu będziesz uczył, przybłędo jeden? — wycedził przez
zaciśnięte zęby i złapał mnie za kurtkę.
— Zostaw go — usłyszałem głos z mojej prawej. — Zostaw chłopaka,
mówię. — Mietek zjawił się nagle z pomocą, jak wróżka, klinem nas rozdzielając.
Tamten zreflektował się, bardziej chyba żeby zadymy nie robić niż ze strachu,
bo był lepiej zbudowany od wiotkiego i długiego Mietka. Odszedł w swoja
stronę, odszczekując coś na koniec.
— Nie zwracaj na niego uwagi — doradził Mietek. — Ten z każdym ma
jakiś problem. Z milicji go niedawno wywalili. Zomowiec zasrany! A wy tu co tak
stoicie? Czemu do środka nie wchodzicie?
— A ja wiem? Jakoś tu lepiej na razie — odpowiedziałem wykrętnie. —
Może trochę później.
— A tam, później. — Mietek ruszył robiąc do nas zachęcający ruch
głową.
Poszliśmy posłusznie za nim, by odłączyć się od niego w półmroku wewnątrz
sali. Usiedliśmy w rogu na jednej z przyściennych ławek i obserwowaliśmy
towarzystwo. Nie uszło mojej uwadze, że dziewczyna, którą spotkałem w klubie,
tańczyła nie tylko z przystojniakiem, z którym ją wtedy widziałem, ale też i z
innymi ze swojej grupy. Podobało mi się jak tańczyła: lekko i zgrabnie, dając
się prowadzić partnerowi, przyćmiewając go przy tym gracją i elegancją ruchów.
Fajnie by się z nią tańczyło, pomyślałem. Zbyt wielu kroków tanecznych nie
znałem, ale tymi, którymi dysponowałem, potrafiłem dość dobrze manewrować i
improwizować. Tańczylibyśmy oboje jak nic.
Rozmowa z Michałem nie była łatwa przez głośną muzykę i hałas, od których
dudniło w uszach. Daliśmy więc za wygraną, zadowalając się obserwacją, podobnie
jak wielu innych siedzących lub podpierających ściany. Cała grupka, którą
miałem na oku, wyszła na zewnątrz, a po kilku minutach moja znajoma wróciła
sama. Usiadła na ławce po tej samej stronie co my, gdzieś w połowie ściany. Na
początek leciał kawałek, który nie ożywił mnie specjalnie, coś z repertuaru
Petshop Boys, ale następny, „Brothers in Arms”, był jakby na zamówienie.
— No to na mnie czas, Michał — powiedziałem wstając. Popatrzył na
mnie pytająco i gdy odszedłem, czułem jego smętne spojrzenie na moich plecach.
— Można prosić do tańca? — spytałem ze ściśniętym gardłem i
trzepocącym sercem.
— Czemu nie — odparła wstając i uśmiechając się, od czego omdlewająca
fala ciepła rozeszła się po moim ciele.
— Mam na imię Tomek — przedstawiłem się po paru tonach muzyki.
— Barbara — usłyszałem w odpowiedzi. — Znajomi wołają na mnie
Basia; o Baśkę też się nie obrażam. Nieźle grasz w ping-ponga — powiedziała po
chwili, przerywając ciszę, w której trochę utknęliśmy.
— Grałem od drugiej klasy; ledwie mnie jeszcze zza stołu było
widać. Co porabiasz w Łemkowinach? Mieszkasz tu? — spytałem.
— Nie, jestem z Krakowa. Mam ciotkę w Smolarach. Przyjeżdżam tu
często. Prawie wszystkie święta spędzam u cioci.
Tańczyliśmy przez chwilę wsłuchani w przejmujący śpiew gitary.
— Sama tu przyjeżdżasz czy z kimś? — spytałem.
— Nie, sama. Czemu myślisz że z kimś? — spytała, patrząc mi w oczy z
niewinnym uśmiechem i lekkim przymrużeniem oczu.
— No, a ten twój kolega? Myślałem że...
— Ach, Irek. To miejscowy — powiedziała, spoglądając na mnie w
sposób, w jaki sprawdza się naleśnik na patelni czy jest dobrze usmażony.
— Aha, miejscowy. To wyjaśnia sprawę — powiedziałem niepewnym głosem.
— To mój kuzyn, ciotki syn — zlitowała się po paru sekundach.
— Hm, kuzyn. Dobrze mięć kuzyna, z którym można pójść do kina —
zaprezentowałem swój talent do fraszek, co wywołało pożądany efekt na twarzy
partnerki.
— A ty co tu robisz? — spytała po następnych paru krokach,
które zdawały mi się stąpaniem po chmurach.
— Nie uwierzysz jak ci powiem.
— Wal, może uwierzę.
— Drwalem jestem w lesie; to znaczy robotnikiem leśnym — dodałem
szybko dla wyjaśnienia.
— Tylko tyle? Myślałam że księdzem, albo może niebezpiecznym
przestępcą zbiegłym z więzienia.
— Hm?
— Coś taki zdziwiony? Rożni tu przyjeżdżają; każdy od czegoś ucieka.
Od czego ty uciekasz? — spytała, spoglądając mi w oczy z zabawną
podejrzliwością.
Ot, zadała pytanie w środku zabawy, pomyślałem, myśląc ciężko nad krótką,
wymijającą odpowiedzią. — Od ślepego przeznaczenia chyba najbardziej — odparłem
pochylając się nad jej uchem.
Muzyka się skończyła i usiedliśmy na ławce.
— A tak konkretnie? — spytała.
— Konkretnie co?
— No z tym przeznaczeniem?
— Ach, to. Cały czas robiłem co mi kazali, bez żadnych pytań. Chyba
teraz przyszedł czas na pytania. Urwałem się po drugim roku na dziekankę i
siedzę tu od października. Studiuję w Krakowie, tak że my tak jakby rodacy.
— Myślisz o powrocie na uczelnię?
— Nie lubię zostawiać spraw nieskończonych — odparłem, przymrużając
oczy i uśmiechając się dwuznacznie.
— Hm, dobry z ciebie chłopak. Trzymaj się swoich zasad, a może... —
zawahała się — a może coś z tego wyjdzie — powiedziała, odwzajemniając się
podobną mimiką.[...] (Rozdział 6, s. 100-103)
@
@ @
[...] Radek nie miał nic przeciwko pracy fizycznej i nie unikał jej,
jak Michał. Pracował w milczącym skupieniu, robiąc czasami wrażenie, że
zapominał gdzie jest i po co. Był przy tym raczej niepraktycznym typem, co
niejednokrotnie dostarczało humorystycznych sytuacji. Raz, na samym początku,
zapytał Gawryłę, w jaki sposób drzewo było zwożone z wycinek w dół stromych
stoków. Gawryło odparł z kamienną twarzą, że helikopterem. Nie przypuszczałem
by uwierzył, choć wyraz zamyślonej twarzy różnie można było interpretować. Z
podobną powagą Gawryło wytłumaczył mu, że granice pomiędzy sektorami w lesie
były wyznaczone „leserami”.
— Laserami — poprawiłem.
Innym razem, oglądając piłę, Radek zrobił uwagę, że coś z zębami nie jest w
porządku, bo w obie strony są poprzechylane naprzemiennie. Dobrze, że nie miał
młotka w ręku, bo pewnie by je chciał od razu prostować.
W odróżnieniu od Michała, Radek był małomówny. Język mu się rozwiązywał,
kiedy miał swoje „mówiące” dni, najczęściej kiedyśmy wracali z roboty. Jego
słowa brzmiały jakby nie z tej ziemi były i początkowo słuchając ich czułem się
nieswojo.
— Jak to z tym jest, Tomek? — zastanawiał się głośno, kiedy wracaliśmy
któregoś popołudnia brodząc w świeżym śniegu.
— Z czym?
— Ano z tym, że ludzie nie mogą sobie dać rady w swoich związkach? Tyle
nieszczęść, rozwodów, samobójstw, wykolejeń. O co tu chodzi?
— Wydaje mi się — kontynuował, kiedy bezradnie wzruszyłem ramionami — że
najlepsze wyjście to albo zapomnieć o całej zabawie i coś dobrego dla świata
zrobić na to konto, albo jeżeli już, to znaleźć tego kogoś... no wiesz —
spojrzał na mnie upewniając się czy zrozumiałem. Skinąłem głową. — Tylko że,
widzisz, świat idzie z postępem — podjął na nowo — ludzie stają się coraz
mądrzejsi i niezależni. Kto dziś chce całe życie męczyć się kompromisami?
Niedługo będziemy zbiorowiskiem nieczułych i samotnych samolubów. Ale nie mnie
rzucać pierwszy kamień — dodał zniżając głos.
— Wiesz co? — powiedział innym razem — Ludzie tak naprawdę żyją razem
bardziej z potrzeby i konieczności niż z jakiegoś wzniosłego uczucia. Odrobina
tego ostatniego jest dobrym dodatkiem, żeby sprawy szły gładko. Spójrzmy
prawdzie w oczy — mówił z przekonaniem. — Związki działają na zasadzie „on
potrzebuje jej a ona potrzebuje jego”, a nie „on kocha ją a ona kocha jego”.
Pomyśl teraz co by było, hipotetycznie, gdyby wszyscy osiągnęli szczyt swoich
marzeń i mieli wszystko co zapragną, bez kłopotów i trudów. Myślisz że ostałoby
się jakieś małżeństwo? Chyba niewiele i ja bym te zaliczył do wyjątków, nie do
reguły. Cały ten system zdaje się obliczony na nasze zmagania z losem i
ciągnięcie pługa. Odczep pług, a wszystko leci w rozsypkę.
— Instynkt i popęd to potężna siła, Tomek — usłyszałem kiedy indziej.
— Jeżeli nad nią nie zapanujesz i oddasz się gonitwie za przyjemnością, to może
ci to zrujnować życie. Jak ją za mordę złapiesz i przypniesz do pługa uczuć
dwojga ludzi, to coś pożytecznego może z tego wyjść. To może zbudować
charakter, nauczyć cierpliwości, tolerancji i szacunku – dokładnie tego, czego
przydałoby się więcej na świecie.
— Najpierw trzeba znaleźć tego kogoś do tej więzi, Radek. Żebyż to
nie było takie trudne, oj, żeby to nie było takie trudne — westchnąłem, a westchnienie
chyba z samego środka mojej duszy wyszło.
— Może lepiej dla niektórych, żeby nie znaleźli. Więcej byłoby z nich
pożytku — odparł.
Pył śnieżny spadł tuż przed nami z drzewa. Radek wyciągnął rękę, pozwolił
kilku kryształkom opaść na rękawicę i przyglądał im się idąc.
— Kocham cię, misterny kryształku śniegu — powiedział głosem pełnym
teatralnej emocji. — Całe życie cię szukałem, aż wreszcie cię znalazłem. Och,
kocham cię.
Potem rozejrzał się, podbiegł do jednego z drzew przy drodze i odłamał małą
gałązkę.
— O, co za gałązka. Moja piękna gałązka — mówił idąc obok mnie, czule
obejmując buczynową gałąź. — Teraz będziemy razem na zawsze, moja kochana.
— I tak to jest — ciągnął nie zwracając uwagi na moje pytające spojrzenie.
— Życie, widzisz, w swój beztroski sposób, zawsze znajdzie wyjście na
odrodzenie samego siebie, zgodnie z kosmicznymi prawami, których nam do tej
pory nie udało się zrozumieć. Rośliny kiełkują i rosną; zwierzęta rozmnażają
się i żyją; ziemia kręci się dookoła swojej osi i obraca wokół dziennej
gwiazdy, wewnątrz naszej mlecznej galaktyki. Wszystko niby w najlepszym
porządku, tylko czegoś jakby brakuje, coś zawsze zostaje niedopowiedziane,
niewyjaśnione. Coś nam ciągle umyka, przyciąga i nęci, żeby zniknąć i znów się
pokazać. To coś powoduje, że chce się wyskoczyć poza sferę, poza orbitę, ponad
to wszystko, żeby zrozumieć i podziwiać. Tak, podziwiać, bo jeśli ktoś czy coś
nas stworzyło, to chyba po to, żebyśmy dostrzegli całą tę jaskrawość i
powiedzieli: nieźle, cholera, nieźle.
— Wiesz co? — powiedział pewnego popołudnia. — Chłopak zakochujący
się w dziewczynie, czy książę w księżniczce, to piękne, nie powiem; ale ja bym
wolał usłyszeć historię o księciu, co zakochuje się na śmierć i życie w gałązce
jabłoni i jest gotów na największe poświęcenia, żeby ją ochronić i zachować na
zawsze. Wiem co powiesz, że to nie jest ludzki rodzaj miłości. A ja ci powiem,
że nam istotom ludzkim, obdarzonym czymś, co z braku lepszego terminu nazywamy
duszą, z tego rodzaju miłością najbardziej byłoby do twarzy.
— Był u mnie chłopak w klasie w podstawówce, w czwartej czy piątej
klasie to było, nie pamiętam — mówił dalej. — Miał dwanaście lat, nie więcej.
Zrobił z siebie prawdziwe widowisko zakochując się w dziewczynie z siódmej
klasy. Normalnie zwariował na jej punkcie. Nie była brzydka, trzeba przyznać.
Oczami za nią wodził, wzdychał, inicjały pisał po książkach i zeszytach. Listy
do niej pisał, które do jej worka na kapcie w szkole wkładał. Czasem mu podobno
odpisywała i zostawiała list w jego worku w szatni. Gdybyś go zapytał, nie
wiedziałby co to seks. Te sprawy nie wchodziły w ogóle w grę, choć, jak się
domyślasz z jego wieku, nie były znowu aż tak daleko. W każdym razie, to jego
odurzenie nie uszło uwadze nauczycieli, którzy początkowo nie interweniowali,
bo nie było powodów; zachowywał się nienagannie, w nauce się nie opuszczał – a
wręcz przeciwnie. Dopiero kiedy wdał się w tarapaty z takim jednym z jej klasy,
sprawa nabrała powagi. Przesłuchiwali go w pokoju nauczycielskim, jak
oskarżonego w sądzie. „To co, żenić się z nią będziesz?”, pytali. „A może
pojedynkować się o nią będziesz?”. Rodziców też wezwali, zgodnie ze szkolnym
rytuałem. No i wyleczyli go i ją też. Chłopak wziął sobie do serca rady
dorosłych, mądrzejszych ludzi – nie głupi był chłopaczyna. Udało mu się z tego
wyjść. Wrócił na ziemie, do normalnego życia, do ping-ponga i piłki nożnej, i
tak dalej i tak dalej.
— A co się z nim potem stało? — spytałem, czując niedosyt kiedy
opowieść się skończyła.
— Co? — spytał zaskoczony. — Nie jestem pewien. To było tak dawno. No
skończył szkołę. Potem poszedł pewnie na studia, założył rodzinę. Historia
stara jak świat. — Radek podrapał się po głowie i potarł nos. — Tak
przynajmniej słyszałem od starych kumpli z klasy.
— Mmm — mruknąłem do siebie raz i drugi.
— Taaak — wymamrotał. [...] (Rozdział 7, s. 116-120)
@
@ @
[...] Boże Narodzenie przyszło znów nieuchronnie, wzbudzając we mnie
mieszane uczucia. Było to przeżycie inne niż to, do którego byłem
przyzwyczajony od jak długo moja pamięć sięgała – to były moje pierwsze święta
poza domem. Brakowało mi przedświątecznej krzątaniny i przygotowań, zakupów,
pieczenia, gotowania, zdobywania choinki i strojenia jej; zabiegów, które w
moim domu wytwarzały unikały nastrój. Ciekawy byłem i zatroskany, jak mój
wewnętrzny system zareaguje na zmianę w ten tak ważny dzień w roku. Trudno mi
było sobie wyobrazić, jak mogę zasiąść do Wigilii w gronie obcych ludzi, a
bezwigilijny wariant w ogóle nie mieścił mi się w głowie. Moje obawy zostały
rozwiane, kiedy obaj z Radkiem zostaliśmy zaproszeni do Teresy – Gienek, jako
de facto gospodarz, zaproszenia nie potrzebował.
Surowe realia środka lat osiemdziesiątych nikogo nie rozpieszczały.
Niewiele można było kupić poza tym, co było przydzielone w ramach systemu
kartek żywnościowych. Na rarytasy i specjały w Mirowie nie liczono i było miłą
niespodzianką, kiedy wieść się rozeszła po wsi, że sklepowej udało się załatwić
dostawę karpia. Na brak młodych jodeł i świerków w okolicznych lasach nie można
było narzekać, a leśniczy patrzył przez palce na choinkowe kłusownictwo.
Na kilka dni przed Bożym Narodzeniem wstąpiłem po południu do Józefa, ot
tak, żeby się spytać, co u niego słychać i dowiedzieć się o jego świąteczne
plany. Zastałem go pośród ogólnego nieładu, który mi jakoś do niego nie
pasował. Pakował się, przyznał zdawkowo, wzruszając ramionami, jakby to była
oczywista rzecz. Co prawda pamiętałem, że wspominał o opuszczeniu Mirowa na
dobre, ale jakoś do tej pory świadomość tego, włącznie z konsekwencjami, nie dotarła
do mnie. Józef był dla mnie nie tylko źródłem bezcennych wiadomości, ale też
duchowym wsparciem i jego wyjazd oznaczał, że w mojej misji – tak to zacząłem
nazywać – zdany byłem na swoje własne siły.
— Napijesz się herbaty? — zapytał, wypełniając ciszę, która ciążyła nam
obu.
— Czemu nie.
Mieszkanie Józefa było dla mnie zawsze fascynującym miejscem, udekorowanym
rożnego rodzaju religijnymi motywami, głównie starymi ikonami. Czekając aż się
woda zagotuje, po raz kolejny miałem okazję przyjrzeć się im z bliska.
Zatrzymałem się na dłużej przed jednym z wizerunków. Była to reprodukcja
podobizny Chrystusa, kopia fresku ze starożytnego kościoła chrześcijańskiego w
Konstantynopolu. Właściciel oznajmił z naukową dbałością o szczegóły, że
pierwowzór rysów twarzy Zbawiciela został najprawdopodobniej zapożyczony z
posągu Zeusa w Olimpii, który był jednym z siedmiu cudów świata. Za czasów
wczesnego chrześcijaństwa posąg przeniesiono do Konstantynopola, gdzie później,
przeszedłszy rożne koleje losu, statua zaginęła, pozostawiając jednak trwały
ślad w kulturze Wschodu i Zachodu na całe następne tysiąclecia.
— No ale chyba wrócisz po Świętach? — spytałem, kiedy usiedliśmy przy
stole.
Obserwowałem przez kilka sekund, jak dolna warga mojego rozmówcy
pieczołowicie zwilża końcówki wąsów. Myślami zdawał się być gdzieś zupełnie
indziej.
— No tak czy nie? — zadałem pomocnicze pytanie.
— Ty zawsze musisz mieć prostą odpowiedź na wszystko? — Nie byłem pewien,
czy było to pytanie czy zarzut.
— Fajną herbatę żeś zrobił — pochwaliłem, chwilowo dawszy za wygraną. —
Skąd ją wziąłeś? To nie gruzińska; chyba Cejlon, albo jakaś inna indyjska.
Józef przymrużył oczy i przyglądał mi się bacznie. Mimowolny uśmiech
przebiegł mu po twarzy.
— Ja tam byle śmieci nie kupuję — odparł. — A z moim powrotem to jeszcze
zobaczymy.
— Co zamierzasz robić w stolicy? — spytałem, ignorując jego odpowiedź. —
Wracasz do cybernetyki?
— Informatyki.
— Niech będzie.
— Nie myślę, żebym chciał do tego wrócić — odparł z nutą rozdrażnienia.
— No to co, dzieci będziesz tam uczył? Człowieku, to nie to co tu! Na łeb
ci wlezą i z kopytami zjedzą. Nie mówiąc o tym, że robotę w ciągu roku
szkolnego nie tak łatwo znaleźć.
— Kto powiedział, że muszę uczyć? — Józef jeszcze raz potrząsnął ramionami.
— Jest sporo innych rzeczy do zrobienia oprócz codziennego kieratu.
— Na przykład? — spytałem niewinnie, przełknąwszy łyk gorącej herbaty i
patrząc na niego wyczekująco z lekko pozorowanym podnieceniem.
— Na przykład zamiatać ulice — wycedził.
— To też coś mi zajeżdża kieratem — odpaliłem i cmoknąłem językiem dla
lepszego efektu.
— A zamknąłbyś się wreszcie — Józef wyrzucił podirytowanym tonem. Podniósł
się, podszedł do okna i wpatrywał się w zapadający zmrok.
— Jaki to ma wszystko sens? — zaczął po chwili. — To mrówcze ganianie, to
dźwiganie, przenoszenie z miejsca na miejsce, budowanie, rozwijanie. Co to
wszystko ulepsza i kogo uszczęśliwia? Człowiek nie ma czasu, żeby się po dupie
podrapać: zrywa się rano, leci do roboty, żeby wyrwać te parę złotych na
przeżycie miesiąca, wije się jak robak, pełza jak kret pod ziemią i nic mu
czasu nie zostaje na to, co naprawdę ważne. — Tu Józef odwrócił się znowu
twarzą do mnie. — A żebyś mnie jeszcze raz nie zapytał z tym swoim „Na
przykład?”, to ja się ciebie zapytam: o teorii względności i falach
grawitacyjnych słyszałeś? Nie? Wielu z tych, co nawet słyszeli, nie wierzy w
ich istnienie. Kto wie, może mają rację, ale to ci tylko powiem, że do niedawna
mało kto zdawał sobie sprawę z istnienia fal elektromagnetycznych, a dziś
dzięki Bogu komunikujemy się nimi.
Patrzył mi uparcie w oczy jak Jezus z ikony na ścianie, aż poczułem się
nieswojo.
— A zdajesz sobie sprawę, ile energii jest dookoła? — Józef wykonał ręką
nieokreślony młynek w powietrzu. — Myślałeś kiedyś o tym? A my co? Ropy się
czepiliśmy i nie odczepimy się aż się skończy i wtedy... — tu się zawahał
szukając słów — i wtedy pracowite mrówy pozrzucają ciężary z pleców,
rozejrzą się i zdadzą sobie sprawę, że zbudowały mrowisko na wulkanie, albo że
płyną prosto na górę lodową.
Józef wrócił do stołu i usiadł z powrotem na krześle. Role się tak jakby
zamieniły: teraz ja nie byłem całkiem pewien gruntu pod nogami, podczas gdy on,
założywszy wygodnie nogę na nogę i podparłszy brodę na dłoni, przyglądał
mi się z pobłażającym uśmiechem.
— A o Świętym Graalu słyszałeś? — zapytał pogodnie, jakby się dowiadywał o
ostatnią sztukę ze Stuhrem w Krakowie.
— Coś tam słyszałem, piąte przez dziesiąte — odparłem. — To rzekomo
kielich, z którego Jezus pił na ostatniej wieczerzy, czy coś w tym rodzaju.
— Hm, tak słyszałeś, co? — Józef pokiwał głową. — To pewnie cię trochę
zaskoczę, jeśli ci powiem, że tu nie chodzi o kielich, nie o puchar ani o żadne
inne naczynie, ale najprawdopodobniej o „Sang Real” czyli Królewską Krew.
Według tych teorii prawdziwym Graalem jest krew i geny Jezusa przekazane jego
potomstwu i niesione do dziś przez pokolenia.
Mimowolnie postawiłem szklankę na stole, chyba w podświadomej obawie, by
nie wypadła mi z ręki.
— Potomstwo Jezusa? — spytałem nie wierząc własnym uszom.
— Przyjrzałeś się kiedyś dobrze „Ostatniej Wieczerzy” Leonarda da Vinci? —
padło następne pytanie zamiast potwierdzenia.
Milcząco pokręciłem głową.
— Nie? To się przyjrzyj. Ten po prawej stronie Nauczyciela to nie Jan
Apostoł, ale kobieta – ślepy by zau-ważył. To najprawdopodobniej Maria
Magdalena, Róża, jak ją potem szyfrem nazywali Templariusze, wolnomularze i
wielu innych wtajemniczonych. Merowingowie, pierwsza chrześcijańska dynastia
Franków, której potomkowie żyją do dzisiaj, być może wywodzą się wprost od
Jezusa i Magdaleny. [...] (Rozdzial
8, s. 131-135)
@
@ @
[...] — Mamusiu, kiedy psyjdzie Mikołaj? — spytał Piotruś, który
pojawił się nagle znowu przy stole, znudzony długim wyczekiwaniem na
najważniejszą dla niego część uroczystości.
Wdzięczny mu byłem, podobnie chyba jak cała reszta, za wyrwanie nas ze zbyt
absorbujących i poważnych, jak na tę okoliczność, tematów.
Gienek powiedział, że musi wyjść i rozejrzeć się.
— Może Mikołaj nie może do nas trafić albo co? — wyjaśnił. Nie wracał
przez dobre dziesięć minut.
— Mikołaj idzie — oznajmił poważnie po powrocie.
Piotruś pobladł.
— Idzie do nas, naprawdę? Widziałeś go?
— Tak jak ciebie teraz — odparł Gienek rzetelnie.
— Aha, to masz teraz, bracie — Radek dolał oliwy do ognia.
— Cicho bądź, wujek — ostrzegł Piotruś bliskim płaczu głosem.
Zgasiliśmy światło i przeszliśmy do pokoju obok, gdzie elektryczne kolorowe
światła na choince ledwie rozjaśniały ciemność. Gienek wyszedł na zewnątrz,
żeby wprowadzić świętą osobę do domu. Najpierw usłyszeliśmy odgłosy otupywania
śniegu na progu, potem niski przytłumiony głos, aż wreszcie ujrzeliśmy
przedziwny stwór wyłaniający się z mroku drzwi kuchennych. Piotruś stał
struchlały przed Teresą, osłonięty jej rękami, których się trzymał kurczowo.
Święty Mikołaj był mężny i wysoki, co starał się zamaskować przybierając
przygarbioną posturę. Miał na sobie długi kożuch wywrócony włosem na wierzch i
podobnie włożoną czapkę. Na nogach miał walonki, przepasany był wojskowym
szerokim pasem, a twarz zasłaniała mu długa krzaczasta broda, bardziej
wyglądająca na pęk konopi niż prawdziwy zarost.
Mikołaj zdjął worek z ramienia, postawił go na podłodze i przez chwilę
spoglądał na nas srogo.
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus — powiedział na przywitanie.
— Na wieki wieków amen — odpowiedzieliśmy chórem.
— Niech Mikołaj usiądzie — zaproponował Gienek z uszanowaniem,
podsuwając krzesło.
— Bóg zapłać, dobry człowieku — powiedział Mikołaj znajomym
aczkolwiek zamaskowanym, niskim głosem. Nieprzyjemny odór alkoholu i tytoniu
dało się wyczuć w powietrzu.
— Słyszałem, że w tym domu są dzieci, to przyszedłem zobaczyć, jak
się sprawują i może dać jakieś prezenty, jeżeli sobie na nie zasłużyły — zaczął
Mikołaj. — A gdzież się te dzieci chowają? — spytał, rozglądając się
dookoła i udając, że nie dostrzega Piotrusia.
— Piotruś, idź i przywitaj się z Mikołajem — szepnęła Teresa,
popychając zdrętwiałego ze strachu chłopczyka.
— Co, jedno tylko macie? Coś słabo się starają w tym domu. Na drugi
rok nawet sobie du... głowy nie będę zawracać dla jednego dziecka. Drugie ma
być, rozumiesz? — powiedział Mikołaj zwracając się do Gienka. Widziałem, jak
Teresa przygryzała wargi powstrzymując uśmiech. — No, chodź no tu, Piotruś,
podejdź bliżej. Nie bój się, nie ugryzę. A przeżegnać się umiesz? — zapytał
Mikołaj, na co chłopczyk odpowiedział kilkoma energicznymi skinieniami głowy i
posłusznie wykonał znak krzyża. Potem twierdząco odpowiedział na parę pytań,
jak na przykład, czy mówi pacierz codziennie i czy słucha się mamusi.
— A dziewczyn w szkole nie podrywasz? — spytał Mikołaj.
— Ja... ja jesce do skoły nie chodzę — odparł Piotruś
przytomnie.
— No a gdybyś chodził to...?
— No, może tak Mikołaj już te prezenty da... — przerwał Gienek,
dając Mikołajowi lekkiego szturchańca.
— Wszystkim się dzisiaj gdzieś spieszy — zrzędził Mikołaj, sięgając
po worek.
Kiedy prezenty były rozdane i cała ceremonia zakończona, podziękowaliśmy
Mikołajowi za wizytę i prezenty, a Gienek pomógł mu wstać z krzesła i
odprowadził do drzwi. Po chwili zza okna usłyszeliśmy odgłosy sugerujące, że
Mikołaj znalazł się w tarapatach schodząc po schodach.
— O kurwa mać! — usłyszeliśmy za oknem, poprawione malowniczym
ukraińskim przekleństwem, które nie całkiem zrozumiałem i postanowiłem poprosić
Gawryłę przy najbliższej okazji, by je powtórzył.
— Co to było? — spytał Piotruś, oderwany na chwilę od rozpakowywania
nowego strażackiego samochodu.
— A, to nic, Piotruńka. Ktoś tam pewnie przechodził koło domu i się
potknął — upewniła szybko Teresa.
— Powiedz mu, zeby tak bzydko nie mówił więcej, bo do niego Mikołaj
nie psyjdzie na drugi rok — odparł Piotrek roztropnie.
Potem zapaliliśmy światło w kuchennym pokoju i wróciliśmy do stołu, żeby
kontynuować świętowanie. Po przełamaniu drobnych wątpliwości natury moralnoreligijnej
otworzyliśmy pół litra, obiecawszy Teresie solennie, że na jednej butelce się
skończy. Na pasterkę do Smolar za daleko było iść po ciemku, więc daliśmy za
wygraną z pielęgnowaniem tej tradycji. Za to przed odejściem, tuż przed
północą, umówiłem się z Teresą na wspólną wyprawę do kościoła na mszę o
dziewiątej rano. [...] (Rozdział 8, s. 141-144)
@
@ @
[...] Antoni rozlał pierwszy toast, który wychyliliśmy „za te Święta”,
zanim zabraliśmy się do posiłku. A ona, ta wódka, gorzka i wredna była, że
tylko w mordę lać, jak każda wódka na tym Bożym świecie. Jedynie Antoni
oszczędzał się ze względu na zdrowie; cała reszta, łącznie z panią domu,
rzetelnie spełniała toasty.
— To za tych co nie z nami! — wyrwało się nieodpowiedzialnie
Radkowi.
Antoni przygryzł wargę i łza błysnęła mu w oku. Spojrzałem na niego z
wyrzutem, że już lepszego toastu nie mógł wymyślić, on, człowiek słowa, od
którego można oczekiwać wrażliwości i subtelności. Jedyna córka Dawidowiczów,
Dorota, trzy lata temu nie mówiąc nic nikomu przerwała studia i wyjechała ze
swoim chłopakiem do Austrii, razem z całą falą ludzi korzystających w tym
czasie z szansy opuszczenia kraju. Przesiedziawszy rok w obozie przejściowym
pobrali się i wyjechali do Kanady. Antoni nigdy się nie pogodził ze stratą i
nie mógł wybaczyć swojemu dziecku nieodpowiedzialności i nieposłuszeństwa. Poza
rodzicielską tęsknotą była w jego postawie dyktatorska bezkompromisowość, która
kontrastowała z łagodnym i przyjaznym usposobieniem.
— To wy tu sobie posiedźcie, a na mnie czas rozprostować kości i
zrobić mały obchód — rzekł Antoni wstając od stołu.
— Tylko ubierz się, Antoś — powiedziała pani Danuta nawet nie
próbując go powstrzymywać.
— On sobie nigdy tego nie przetłumaczy — rzekła, kiedy już tylko wspomnienie
zmęczonych powiek i smutnej twarzy pozostało z nami. — A mówią, że mężczyźni są
racjonalni i że to kobiety kierują się emocjami. Jak to jest z wami
mężczyznami, panie Radku?
— Nie wiem tak na sto procent, ale ja się chyba zaliczam też do
wyjątkowej grupy, tej, co to sobie wytłumaczyć nie może. I takich jak nas nie
jest wcale mało, to mogę pani powiedzieć z pewnością.
— Hm, tak, ty, leśniczy i jeszcze Ziutek z Bombaju — wtrąciłem,
wybuchając śmiechem.
— Strasznie zaraźliwy śmiech macie obydwaj — rzekła pani Danuta,
wycierając łzy z oczu.
— Ano się ma ten śmiech — odparł Radek. — To tak na pociechę chyba.
Jak my w kolejce stali do Pana Boga, to ten dostał rozum, tamten pieniądze, kto
inny jeszcze co innego, a mnie się to dostało.
— Ej, nie jest tak źle, panie Radku — zapewniła gospodyni. — Pisze
pan wiersze; nie każdy to potrafi.
— Każdy, pani Danusiu. Nie każdemu się tylko chce trud zadać.
— A jak panu z tą powieścią idzie?
— Krótką czy długą odpowiedź pani chce?
— Krótką najpierw.
— Marnie mi idzie. — Radek spoważniał. — Nie wiem, może źle się za to
biorę. Ale skąd mam wiedzieć? Ja najlepiej znam się na wierszach. Nie wiem, co
mnie opętało, żeby się wziąć za powieść. Chyba dla zaspokojenia próżności i
uspokojenia sumienia, które mi podpowiadało, że dosyć wierszyków i fraszek na
jakiś czas i że pora wziąć się za coś poważniejszego. Coś mi się wydaje, że nic
z tego nie będzie. — kiwał głową patrząc w stół melancholijnie. — Za dużo
zgiełku i zamieszania mam teraz w życiu. Przeciążenie mam takie na zwojach, że
tak powiem i chyba najlepiej to przeczekać.
— A może...
— No co?
— A może lepiej te osobiste sprawy najpierw załatwić. Być może potem
reszta sama jakoś się ułoży?
— Ano, niewiele można zrobić w tej chwili — odparł Radek wzruszając
bezradnie ramionami. — Rozbił się ten gliniany garnek i nie jestem pewien czy
jest sens go kleić. Za jakiś czas znowu niechybnie trzaśnie o podłogę. Nie
warto się chyba trudzić.
— Niech pan tak nie mówi. Małżeństwo to rzecz święta. Jeżeli dzieje
się gorzej, to trzeba przez to jakoś przejść i wybaczyć, byle przetrwać, byle
trzymać się razem.
— Tak pani myśli? — dopytywał się Radek przymrużając zabawnie oczy. —
Jak tak pani mówi, to pewnie tak jest — zawyrokował dziarsko, ewidentnie
starając się zakończyć temat lekkim akcentem. — A my się lepiej napijem, bo
wódka stygnie — orzekł podnosząc szkło. — Pierdykniem, bo odwykniem.
— Chluśniem, bo uśniem — dodałem.
— Zdrowie na budowie — dorzucił Radek.
— Po szklanie i na rusztowanie — zaoferowała pani domu zaskakując nas
kompletnie. [...] (Rozdział 9, s. 154-156)
@
@ @
[...] Powrót Antoniego dało się słyszeć na progu, co nas szczęśliwie
przywróciło do normalności z bezdroży, gdzie horyzont prawie już znikał z oczu.
Leśniczy wrócił ze spaceru w lepszym nastroju. Zeszliśmy na lżejsze tematy,
przegryzając z lekka i przepijając od czasu do czasu, to za zdrowie tego, a to
za pomyślność tamtego; miedzy innymi za to, żeby się w kraju lepiej zaczęło
dziać. Przy tym ostatnim Antoni zawyrokował, że nic już z tego nie wyjdzie i
komuna wszystko zdusi, na co Radek odparł, że niekoniecznie i że światło w
końcu tunelu widać.
— Panie Antoni, to tak jak mała szczelina w zaporze wodnej; myśmy ją
tu właśnie zrobili. Teraz woda musi swoją robotę zrobić i to się właśnie dzieje,
podczas gdy my siedzimy przy tym stole. Ci co ich powypuszczali z internowania,
to pan myśli że co, że wrócili do domów przerobieni na komunistów? Gwarantuję
panu, że gruszek w popiele nie zagrzebują. Tama musi w końcu pęknąć, mur się
zawali, a my siłą ciężkości do jakiegoś normalnego systemu dojdziemy. Łatwe to
nie będzie, ale siły nie ma, żeby ten proces teraz zatrzymać.
— A co tam pan mówisz? Do jakiego my systemu dojdziemy — bronił swego
stanowiska Antoni. — Po komunie to my tylko do republiki bananowej możemy
dojść. Wszystko zrujnowane po czterdziestu latach; wszystko co kraj produkuje
do sowietów idzie, za darmo. Fabryki, huty, stocznie i kopalnie pobudowali za
ciężkie, pożyczone z Zachodu waluty, i co? Cała produkcja na wschód. Nasi
chłopi produkują tyle żywności, że pół Europy można wykarmić i gdzie to jest?
Do ruskich wszystko idzie. Idź pan do sklepu, to pan zobaczysz, co nam zostało:
ocet, musztarda i herbata.
— Nie jest już tak źle teraz, Antoś — wtrąciła pani Danuta. — A
będzie lepiej.
— A co lepiej? Gówno lepiej. Wszystko na kartki. I do czego to
wszystko idzie? Wódkę za to możesz kupić bez problemów. Stara sztuczka; już car
jej używał i cesarz, żeby polskość wytępić.
— No dobrze nie jest, panie Antoni, zgadza się — przyznał Radek. — Ale
niech pan spojrzy na to tak: dna już dotknęliśmy i głębiej nie możemy iść.
Teraz już tylko może być lepiej. No nie tak?
— Nie wszystko może się od dna odbić — bronił się Antoni.
— Tak, na przykład młotek albo kowadło — podrzuciłem. — Sru na dno i
do widzenia – przepadło, młotek i kowadło.
— Albo worek z lemieszami — dodał Radek, idąc tym samym tropem.
— Wiem, wiem — zawołałem. — Albo koza, co rower zjadła i do
sadzawki wpadła. Hej, znowu mi się zrymowało — wykrzyknąłem z nieukrywanym
entuzjazmem, wywołując wesołość dookoła stołu.
— A żeś głupi, młody, że szkoda gadać — Radek pokręcił głową. — Takie
durnoty wygadujesz, że aż uszy więdną. Czy ty nie za dużo przypadkiem wypiłeś,
bratku?
Wiele jeszcze padło słów zahaczających o politykę, jako że my Polacy lubimy
politykować – pewnie dlatego, że jakoś w ciekawych czasach zdarza
nam się ciągle żyć. Od antykomunistycznego tonu nikt z nas nie odbiegał w
rozmowie; różniliśmy się jedynie stopniem wiary w obalenie systemu.
— A to jeszcze panu powiem, panie Antoni — mówił mój współlokator —
że nam, Polakom, bardziej do twarzy byłoby z odrobiną szacunku dla tego
nieszczęsnego narodu za Bugiem. My wpatrzeni jesteśmy w Zachód jak ta sroka w
gnat i pogardzamy tymi ze wschodu jakbyśmy lepsi byli, a przecież my do tej
samej słowiańskiej rodziny należymy, podobnym językiem mówimy i w tego samego
Boga wierzymy, może tylko trochę inaczej.
Twarz Antoniego poczerwieniała i obawiałem się starcia.
— To pan już chyba zapomniał co oni nam zrobili — odpalił leśniczy. —
Niech pan trochę do historii sięgnie: zabory, najazd bolszewicki, druga wojna,
Katyń, zsyłki i łagry. Niczego dobrego żeśmy od nich nigdy nie zaznali.
— To polityka, panie Antoni — odparł Radek podnosząc rękę na znak
pokoju. — Ten naród nie ma nic przeciwko nam i nigdy nie miał, tylko że albo
carat albo czerwona zaraza go za twarz zawsze trzymała, z batem w ręku. To są
porządni, bogobojni i gościnni ludzie, tak jak my.
— Pan Radek ma racje, Antoś — wtrąciła pani Danuta, zakłopotana, że
nie może trzymać strony męża. — Mieszkałam z mamą wśród nich, to wiem coś na
ten temat. Wywieźli ją jak wielu innych na rozkaz Stalina, ale Rosjanie zawsze
traktowali nas jak ludzi i tego nigdy nie zapomnę.
Było już dobrze ciemno za oknem, kiedyśmy się wzrokiem dogadali z moim towarzyszem,
że czas już nasz się zbliża; swoje żeśmy tu zrobili i trzeba było gospodarzom
zejść z karku. Następnego dnia szliśmy do roboty i trzeba było się wyspać. Na
drogę dostaliśmy trochę ciasta i już nas nie było. Święta, święta i po
świętach. [...] (Rozdzial 9, s. 159-161)
@
@ @
[...] Daty wskazywały, że zeszyt zawierał prawie okrągłe dziesięć lat
notatek, pomiędzy październikiem trzydziestego i wrześniem trzydziestego
dziewiątego roku. Kiedyś to robili porządne zeszyty, pomyślałem z podziwem;
dziś taki w rok by się rozleciał. Rozległy przedział czasowy pamiętnika i
częste, długie przerwy pomiędzy zapisami świadczyły, że autor robił notatki
konsekwentnie aczkolwiek nieregularnie. Nie miałem mu nieregularności za złe,
bo sam wiedziałem z własnego doświadczenia, że zwykle czegoś, co się robi z
potrzeby serca – a zakładałem, że taki charakter miały notatki – nie da się
ująć w tryby regularnej dyscypliny; a nawet gdyby się dało, to rezultat nie
byłby wart wysiłku.
Pismo notatek było nierówne. Miejscami tekst pisany czarnym atramentem był
wyraźny i czytelny, by w innych zapisach, oznaczonych innymi datami, przemienić
się w wężykowate hieroglify, ledwie czytelne, pisane niedbałą czy nieuważną
ręką. Mogło to być spowodowane niewygodami, w których autor pisał lub
pośpiechem, w jakim starał się w zarejestrować ulotne myśli. To ostanie
przemawiało do mojej wyobraźni; znajome były mi te chwile, kiedy ręka nie
nadąża za tym, co pomyśli głowa.
Na samym początku lektury, kiedy otworzyłem notatnik w kilku miejscach na
chybił trafił, moją uwagę zwróciła w tekście wzmianka o Świętym Pawle.
Niewyraźna notatka na marginesie ze strzałką wskazującą na imię apostoła
zawierała słowa „Szaweł”, „Saul” i „wyproszony”. Czytałem z zapartym tchem i
wierzyć nie mogłem własnym oczom. Była to charakterystyka Pawła, stworzona
najprawdopodobniej na podstawie materiałów źródłowych, do których autor miał
dostęp, jak też i jego własnych przemyśleń. Notatki potwierdziły to, co już
wiedziałem, mianowicie, że przed nawróceniem Paweł był faryzeuszem, który
prześladował pierwszych chrześcijan i który sam nawrócił się na chrześcijaństwo
w drodze do Damaszku. Wernychowicz rozpatrywał na kartkach notatnika dwie
możliwości: jedną, że Paweł rzeczywiście uwierzył i stał się zagorzałym krzewicielem
nowej wiary i drugą, że działał na zasadzie „konia trojańskiego”. Wernychowicz
pisał: „Wykształcony i gorliwy ortodoksyjny hebrajczyk, faryzeusz,
przedsiębiorca, zagorzały prześladowca pierwszych Chrześcijan. Czy taki
człowiek, realistycznie, byłby w stanie porzucić wiarę przodków i przejść na
inną?”.
Pismo było niewyraźne, ale notatki intrygowały mnie, więc mimo trudu
brnąłem przez nie jak pług przez jesienne pole, podążając śladami myśli
bardziej niż tropem znaczenia słów na papierze. Czytałem dalej: „Rzekomo
poświęcił się krzewieniu nowej wiary, ale czyż nie był przy tym bardziej
zainteresowany rozpowszechnianiem starej?”. Wstrząsnęło mną do głębi, kiedy
natrafiłem na miejsce, gdzie autor zadaje retoryczne pytanie o znaczeniu
symbolu krzyża, tego narzędzia tortur dla ideologii chrześcijaństwa. Inny zapis
spowodował następny szok: „Być może za sprawą gorliwości pierwszych misjonarzy,
wiara, która miała uczyć ludzi, jak żyć ze sobą w zgodzie, przemieniła się w
krwawy kult, gdzie szacunek dla innych został zastąpiony krzyżem, tolerancja
dogmatem a dobroczynność strachem przed Sądem Ostatecznym”. Biegając oczami po
zapisanych liniach, natknąłem się na wspomnienie o Piotrze, którego Nauczyciel
mianował swoim następcą. „Paweł mianował się sam”, skomentował autor krótko.
Przeleciałem parę stron do przodu szukając czegoś, sam nie wiedząc czego.
Następne znajome imię, Łukasz. Wernychowicz szkicuje go jako łagodnego,
inteligentnego i oczytanego Macedończyka. Jak podawały niektóre źródła, miał
usposobienie artystyczne, potrafił dobrze pisać, miał zdolności malarskie i
medyczne wykształcenie. Inne źródła mówiły, że to on zapoczątkował sztukę
malowania ikon. Jak i kiedy Paweł go spotkał, żeby uczynić go towarzyszem
pielgrzymek misyjnych, tego nie wiadomo. Być może byli razem w Rzymie po
śmierci Piotra, domyślał się autor notatek i być może tam Łukasz napisał swoją
Ewangelię. Jego wersja, ze wszystkich czterech kanonicznych Ewangelii jest
uznana jako najbliższa ducha oryginalnej Nauki; ta największą wagę przywiązuje
do przebaczania, brania strony upośledzonych i szacunku dla innych bez względu
na pochodzenie, płeć, zamożność czy status społeczny. To od niego słyszymy
przypowieść o dobrym Samarytaninie albo o Łazarzu i zamożnym człowieku, w
których wynosi biednych i opuszczonych do rangi najbardziej uprzywilejowanych.
Tylko Łukasz przytacza przypowieść o synu marnotrawnym czy historię o upadłej
kobiecie, która łzami myje stopy Zbawiciela. Wernychowicz domniemywał, że
Łukasz był niewolnikiem, który znalazł się na służbie u Pawła. Jeśli tak było,
spekulował, to zakładając, że Łukasz był oświeconym człowiekiem ze
skłonnościami do sztuki, logiczne wydawałoby się, że poszukiwał prawdy i że
starałby się w jakiś sposób to wyrazić. Były to jedynie domniemania autora, ale
miałem wrażenie, że Wernychowicz przypisywał Łukaszowi szczególne miejsce wśród
ewangelistów i postrzegał go jako ważną postać w innym znaczeniu – w jakim,
notatnik jak dotąd nie dawał odpowiedzi.
Odnalazłem też fragment, na który poprzednio natknąłem się u pani Natalii,
gdzie Wernychowicz zanotował kilka imion jedno za drugim: Abraham, Mojżesz,
Zaratustra, Budda, Chrystus, Mahomet. Nie rozbudowuje tego ani nie wyjaśnia,
dodając tylko poniżej pojedyncze, luźne spostrzeżenia jak: „Jedno bóstwo, wielu
proroków”, „jedna rzeka, wiele źródeł”, „jedno morze, wiele rzek”. [...] (Rozdzial 9, s.162-164)
@ @
@
[...] Pociągnąłem go za język i Gawryło wspomniał historię, która
omalże nie miała tragicznego zakończenia.
— Narąbany jak szpak szedł w nocy z zabawy — opowiadał Gawryło. — Na
skróty ciął przez podwórko Dołbnia, na pamięć, po omacku, z rękami
rozcapierzonymi, o tak. — Gawryło zaimprowizował małą pantomimę. — Jak tak
szedł, to na przeszkodę natrafił, rozumiecie. Płot, pomyślał i dawaj go
przełazić. Przesadził jedną nogę, potem drugą, a potem hyc w dół, prosto do
studni.
Ogólna wesołość przerwała opowiadanie, po czym Gawryło ciągnął dalej.
— Potem mordę zaczął drzeć, żeby go ratować. Stary Dołbeń wyleciał w
kalesonach z domu i lata po podwórku jak kura z uciętą głową, bo nie wie skąd
wołają. Wreszcie do studni podchodzi. „To ty, Chwalko?” woła. „A co ty tam,
skurwysynu, robisz? I co moje krowy teraz będą pić?”
Otarłszy łzy cieknące po policzkach od śmiechu, rozejrzałem po sali: po
mojej dziewczynie ani śladu. Zawaliłem sprawę, pomyślałem, teraz to się mogę
ugryźć. Kiedy już prawie dałem za wygraną, nagle dostrzegłem ją przy wejściu,
wracającą do środka. Dałem jej przejść przez salę i usiąść na ławce przy
ścianie, po czym ruszyłem w jej stronę, nie spuszczając jej z oczu ani na
chwilę. Dostrzegła mnie w połowie drogi ale szybko odwróciła głowę udając, że
mnie nie widzi.
— Być może — rzuciła chłodno na moje zaproszenie do tańca, wstając
mimo wszystko.
Przez chwile tańczyliśmy nie rozmawiając. Ona patrzyła ponad moim ramieniem
twardo przed siebie z kamienną twarzą. Z manekinem równie dobrze mógłbym
tańczyć. Dla rozluźnienia sytuacji wetknąłem moją gębę, z uśmiechem od uch do
ucha, w jej pole widzenia.
— Nie zgrywaj się, dobrze? — ucięła, że aż chłód mi po kościach
przeszedł.
— To gdzie ten twój ryży towarzysz? — spytałem.
— Nie twoja sprawa. Pewnie siedzi ze swoimi kolesiami tak jak ty ze
swoimi.
Lody puściły dopiero przy drugim tańcu. Kiedy orkiestra zrobiła przerwę,
zaproponowałem spacer na świeżym powietrzu. Moja partnerka odparła niepewnie,
że może nie, bo ślisko, więc nie naciskałem, na co ona, po następnej chwili
wahania, zmieniła zdanie. Kobiety – pomyślałem podnosząc oczy w górę.
Wyszedłszy na drogę skierowaliśmy się w stronę Mirowa, idąc wolno ramię przy
ramieniu. Na moje pytanie czy nie boi się sama z nieznajomym w nocy spacerować,
Basia odparła, że nie z takimi jak ja potrafiłaby sobie poradzić. Spytałem
wtedy, jaki styl najbardziej lubi, na co ona ostrzegła żebym nie był obcesowy.
— Miałem na myśli styl samoobrony — odparłem.
Potem opowiadałem jej o robocie w lesie i charakterach, z którymi przyszło
mi pracować. Pochwaliłem się, że mieszkam z poetą, na co ona zachichotała ku
mojemu zaskoczeniu.
— Co w tym takiego śmiesznego? — spytałem
— A nic, nic. To nieźle się dobraliście — odparła.
— Czemu?
— Bo z ciebie też niezły artysta — odpaliła, dostając napadu chichotek.
Stąpając wolno i ostrożnie po zamarzniętym śniegu opuściliśmy ostatnie
zabudowania wsi. Tematy jakby się nam wyczerpały; oboje spoważnieliśmy i
zamilkli. Czułem, jak mi dreszcz przebiega po skórze i serce wali jak siekiera
po pniu twardego buka. Kiedy zbliżaliśmy się do przydrożnego krzyża, spojrzałem
w niebo ukradkiem. Czy to teraz, spytałem? Słysząc własne tętnienie krwi w
uszach, odnalazłem ciepłą, gotową na dotyk rękę tuż obok mnie. Stanęliśmy.
— No, i co teraz? — wyszeptałem.
— Nie wiem — usłyszałem wyczekujący głos.
Objąłem ją i przyciągnąłem do siebie. Staliśmy przez chwile hipnotyzując
się własnymi spojrzeniami, po czym pocałowałem ją w zmarznięte wargi.
Przedziwne zdawało mi się to wszystko. Przed chwilą szliśmy rozmawiając jak
dwoje cywilizowanych ludzi, by nagle porzucić formy i konwenanse, wpaść sobie w
ramiona i złączyć się ustami zgodnie z jakimś pradawnym prymitywnym rytuałem.
— No, i co my teraz zrobimy? — spytałem śmiejąc się, kiedy nasze
głowy wreszcie odsunęły się od siebie.
— A co byś chciał? — spytała.
— Wszystko.
— Tutaj?
— A co w tym złego? Zimna się boisz? Ja cię ogrzeję.
— Może zostawimy to na inną okazję.
— A będzie inna okazja?
— To od ciebie zależy.
— Od ciebie też.
— Tak — wyszeptała.
Czas znowu płynął nie dotykając nas, ponad drogą, drzewami, krzyżem i
Otławą w dole. Rozpłynęliśmy się i pomieszali ze sobą i nie wiedziałem, gdzie
się zaczynam i gdzie kończę.
Potem szliśmy z powrotem, najpierw obejmując się w pół, a potem, kiedy
zbliżaliśmy się do remizy, trzymając się już tylko za ręce. Byliśmy niedaleko
od budynku, jeszcze w mrocznym nieoświetlonym obszarze, kiedy ktoś trącił mnie
ramieniem, że aż poleciałem na moją towarzyszkę.
— Ej ty, uważaj — powiedziałem, oglądając się.
— Na co? — spytał rudzielec zbliżając się do mnie. — A w mordę
chcesz zarobić? — spytał bez owijania w bawełnę.
— A ty chcesz? — usłyszałem głos Gienka w mroku.
— Ty się do tego nie wtrącaj. Na ciebie przyjdzie czas — rzucił
ryży ostrzegawczo.
— A ja bym wolał teraz.
— No to chodź — zachęcił tamten.
Widziałem, jak Teresa starała się trzymać Gienka za rękaw i odciągnąć go,
ale było za późno.
— To co będzie? — Gienek zrobił parę kroków i stanął przed
przeciwnikiem z założonymi rękami, patrząc mu w oczy ze spokojem.
— Gówno będzie, mordę ci skuję, ty przybłędo i tyle — warknął tamten.
— Spróbuj.
— A co, myślisz, że się będę bał? — zawołał ryży robiąc gwałtownie
krok do przodu i popychając Gienka.
Przynajmniej nie jest tchórzem, pomyślałem.
Gienek zatoczył się, ale nie przewrócił, przyjął tylko pozycję bokserską,
przygotowany do walki.
— A no to chodź jeszcze raz — powiedział zachęcająco, tańcząc lekko
na nogach z pięściami uniesionymi do góry.
Tamten siarczyście zamiótł prawą a potem lewą, ale choć miał długie ręce,
nie sięgnął Gienka, który uniknął ciosów, balansując zwinnie jak doświadczony
bokser. Nagle, wyczuwszy właściwy moment, doskoczył i wymierzył oponentowi cios
prosto w twarz, puszczając mu krew z nosa. Tamten, rozjuszony, ruszył z
huraganowym bezmyślnym atakiem. Gienek uniknął wściekłej młocki manewrując
ciałem, kilka razy tylko zadając szybkie, celnie wymierzone ciosy z doskoku,
wykorzystując nieuważne otwarcia przeciwnika. Szkoda mi się już nawet tamtego
robiło widząc, jak jego ślepa wściekłość stopniowo zmienia się w rozpacz.
Krzyczał coś, niby buńczucznie, co brzmiało bardziej jak płacz niż okrzyk
wojenny. Krew mu ciekła po twarzy małymi strumykami, które odznaczały się
wyraźnie na pobladłej twarzy.
I wtedy właśnie poczułem, jak ogarnia mnie ciemność roziskrzona gwiazdami.
Znalazłem się na ziemi, na zimnym śniegu, instynktownie zasłaniając głowę.
Wśród szumu w uszach usłyszałem wściekły krzyk wybiegającego z remizy Radka.
— Co tu się dzieje? Kto to zrobił? — wrzasnął i bez dalszych pytań
zajadłym pchnięciem powalił na ziemię jednego z dryblasów stojących obok mnie.
Potem wpadł na niego, złapał za włosy jedną ręką a drugą miał już wymierzać
sprawiedliwość, kiedy ktoś go pchnął. Dwóch czy trzech się zebrało dookoła
niego z butami gotowymi do kopniaków i nie wiadomo, czym by się to skończyło,
gdyby Mietek nie przyszedł nam na odsiecz, a za nim Stach. Nastąpiła ogólna
szamotanina, w której trudno było rozróżnić, kto jest przeciwnikiem a kto
sprzymierzonym. Dwie czy trzy pary walczących zataczały się jak niedźwiedzie,
szarpiąc ubrania i wymieniając niezdarne uderzenia. Ktoś wlókł się na czworaka
w stronę remizy i ewidentnie nie mógł się podnieść. Dwóch innych walczyło z
wprawą jak Gienek z rudzielcem kilka minut przedtem – jeden z nich okazał się
Gienkiem we własnej osobie. Obserwowałem bijatykę z bezpiecznej odległości
dochodząc do siebie po oszołomieniu. Już miałem się podnieść i ruszyć do boju,
gdy poczułem, że ktoś trzyma mnie za kołnierz.
— Co za cholera znowu — krzyknąłem rozdrażniony, zamierzając się ręką na
chybił trafił, w ostatnim momencie rozpoznając moją partnerkę. — Basia, no co
ty, muszę chłopakom pomóc.
Nagle ktoś z obserwujących krzyknął, że jedzie milicja i większość
walczących rozpierzchła się w mrok poza zasięg świateł remizy. Na oświetlonym
placu pozostał tylko Mietek, który siedział na swoim przeciwniku, okładając go
pięściami.
— Ile razy mam ci, skurwysynu, mówić, żebyś w drogę nie właził —
wykrzykiwał w zapamiętaniu w rytm uderzeń.
Tamten rozpaczliwie zasłaniał się rękami, nawet nie próbując stawiać oporu.
— Daj spokój, Mietek, wystarczy — krzyczałem, próbując go powstrzymać.
— Zostaw! Puść! Zabiję sukinsyna! — wołał Mietek, nie dając się ściągnąć ze
swojej ofiary. Dopiero kiedy Gienek przyszedł z pomocą, udało nam się
oszczędzić leżącego, którym okazał się nie kto inny, tylko eks-zomowiec, który
mnie zaczepił na dyskotece.[...] (Rozdzial 9, s. 170-175)
@
@ @
[...] Gienek wyszedł na spotkanie i rozmowa toczyła się albo w przedpokoju
albo na ganku na zewnątrz, bo przez parę minut w pokoju obok było cicho. Potem
ktoś wszedł. Słyszałem szuranie butów i skrzypienie drzwi. Potem znowu cisza.
Cichutko, powoli otworzyłem drzwi. Było ciemno i nikogo nie mogłem dojrzeć.
— Gienek, jesteś tam? — zawołałem żeby się upewnić.
Odpowiedziała mi cisza.
Czas mijał wolno leżąc mi ciężko na sumieniu, które
podpowiadało, że powinienem coś zrobić, iść na ratunek Gienkowi albo zawiadomić
kogoś: milicję, leśniczego albo chociażby Teresę. Rozsądek jednak doradzał, że
żadna z możliwości nie była tym, czego wymagała chwila. Siedziałem więc
bezradnie wsłuchując się w odgłosy z zewnątrz, czekając na jakiś znak, że
Gienek wraca żywy i zdrowy. Nagle usłyszałem huk daleko w lesie, brzmiący
trochę jak chlaśnięcie batem. Jedno, drugie, trzecie; potem jeszcze dwa czy
trzy strzały. Czasami słyszało się podobne odgłosy nocą; mówili wtedy, że
to kłusownicy grasują. Miałem nadzieję, że to rzeczywiście ktoś nielegalnie polował
w lesie, ale przeczucie podpowiadało mi, że było to coś innego, coś bardziej
złowieszczego.
Nie wiem, ile czasu minęło, mogła być godzina a mogły być
dwie, kiedy usłyszałem kroki w pokoju Gienka. Uchyliłem drzwi. Gienek chodził
niespokojnie po pokoju szukając czegoś przy zapalonym świetle. Miał zakrwawioną
dłoń i zmierzwione włosy. Zimna determinacja spozierała mu złowieszczo z oczu,
mrożąc mnie do szpiku kości.
— Wszystko w porządku? — spytałem drżącym głosem.
— Tak. Lepiej idź spać — odparł szukając czegoś w szafie
i pod łóżkiem.
— Co się stało?
Rzucił mi spojrzenie, od którego ciarki przeszły mi po
skórze. — Lepiej dla ciebie będzie, jak nie będziesz za dużo pytał. Rozumiesz?
— Rozumiem. Może ci w czymś pomogę? — zaproponowałem.
— Dam sobie radę. Albo poczekaj — dodał po chwili. — Masz
klucze do szopy?
— Mam. — Przyniosłem mu klucze, które wziął bez słowa i
wyszedł.
Wkrótce potem zaczął padać śnieg gęstymi, grubymi płatami
i padał ciągle, kiedy obudziłem się rano. Spotkaliśmy Gienka w drodze do roboty
przy stacji wodnej. Przyłączył się do nas i ruszyliśmy dalej nie zadając
żadnych pytań, tak jakby tam właśnie miał na nas czekać.
Tego samego dnia po pracy Gienek zatrzymał mnie, mówiąc
że musimy pogadać. Nogi się ugięły pode mną na myśl o tym, co mógł mieć ze mną
do obgadania. Zreflektowałem się potem, że gdyby chciał usunąć świadka, to
robienie tego prawie na oczach innych nie miało sensu. Przy hydroforni
zboczyliśmy w lewo.
— Słuchaj, student. Nie wiem, co ty wiesz o tym, co się
stało ostatniej nocy.
— Nic nie wiem. Tyle tylko że ktoś do ciebie przyszedł.
Potem wyszliście, a potem wróciłeś sam.
— Lepiej żebyś o tym wszystkim zapomniał. Po prostu
spałeś. W porządku?
— W porządku.
Siedzieliśmy przez chwilę na pniakach nie mówiąc ani
słowa. Gienek ważył coś w myśli i nad czymś się zastanawiał.
— Słuchaj, student, chciałem, żebyś mi pomógł.
— Coś ze szpadlem i kopaniem w ziemi? — spytałem.
— Włos ci z głowy nie spadnie, dokąd tylko ja i ty
będziemy o tym wiedzieli — odparł jakby nie słysząc mojej ironii.
Potem nastąpiła historia, do jakich bardziej byłem
przywykły w filmach i książkach niż w rzeczywistości. Nieustabilizowany tryb
życia Gienka i jego ciemne interesy, o których miałem ledwie pojecie, były
małym piwem w porównaniu z tym, w co był wplątany tym razem. Gdzieś na początku
poprzedniego lata, robiąc interesy na bazarze w Warszawie, poznał pewnego typa.
Facet zdawał się nieco zastraszony, mówił mieszaniną polskiego i rosyjskiego, i
powiedział, że ma coś specjalnego do opchnięcia, coś co, jak mówił, może się
okazać warte fortuny. Sam chciał się tego pozbyć, bo wyznał, że potrzebuje
szybkiej gotówki. O tym, że mu towar parzy ręce nie wspominał, ale Gienek
zrozumiał to w lot. Propozycja była zbyt interesująca, żeby ją odrzucić.
Spotkali się jeszcze raz tego samego dnia w ZOO, gdzie zmieszawszy się ze
zwiedzającymi można było sprawę spokojnie obgadać bez wzbudzania podejrzeń.
Mężczyzna miał pakunek w reklamówce pod pachą. Kiedy go rozwinął, ich oczom
ukazał się niepozornie wyglądający obraz, bez ram, namalowany na drewnianej
płytce. Trudno było określić wiek obrazu, ale zrobił on na Gienku wrażenie
bardzo starego. Wizerunek przedstawiał Matkę Boską z dzieciątkiem na ręku.
Gienek instynktownie wyczuł, że ma do czynienia z czymś, co przedstawia
niebagatelną wartość. Kupił obraz za trzysta amerykańskich dolarów, które
stargował z pięciuset. Faceta więcej nie spotkał, tylko po pewnym czasie
zauważył, że był śledzony – przez kogo, nie miał pojęcia. Wytropili go w domu.
Podczas gdy tamci stukali do drzwi wołając natarczywie, że są z gazowni, Gienek
wyskoczył oknem z ikoną pod koszulą – kamienica nie była podłączona do gazu.
Przemieszkał parę nocy w hotelu zastanawiając się, co dalej robić. Zaufany
kumpel, któremu zwierzył się szukając pomocy, doradził jechać na jakiś czas na
południe, gdzie jego szwagier pracował kiedyś w straży granicznej.
Gienek nie wykluczał, że sprawa mogła być ukartowana
jeszcze zanim spotkał faceta na bazarze i że mogła mieć z tym coś wspólnego
rosyjska mafia. Podejrzewał jednak, że najprawdopodobniej ci dwaj z poprzedniej
nocy działali niezależnie. Kiedy spytałem, skąd jest taki pewien, odparł, że
jeden z nich był kumplem, który mu wyjazd doradził, a drugi to Rosjanin czy
Ukrainiec, od którego kupił ikonę.
— Zwąchali się, sukinsyny — wycedził Gienek przez
zaciśnięte zęby. — Więcej już nikomu głowy nie będą zawracać. Ty się niczego
nie musisz bać — zapewnił mnie. — Nic nie wiesz, jakby co, a ja na
wszelki wypadek będę spał teraz przez jakiś czas w baraku.
Nie brzmiało to zupełnie przekonująco, ale co mogłem
zrobić: dostałem ofertę nie do odrzucenia. Natychmiastowy wyjazd czyli
ucieczka, mogłaby mi tylko przysporzyć więcej kłopotów. Musiałem przy tym
przyznać, że intryga w niewiarygodny sposób zahaczała o moją własną misję i
perspektywa ujrzenia tajemniczego wizerunku stanowiła nieodpartą pokusę.
— To co się stało z tą ikoną? — spytałem.
— A właśnie, zapomniałem o najważniejszym. — Gienek
rozejrzał się dookoła konspiracyjnie. — Ona jest tutaj, schowana. Gdyby coś mi
się przydarzyło, to chciałbym, żeby ktoś jeszcze wiedział, gdzie jest. Teresy
nie chcę w to wciągać, a ty i tak już jesteś wmieszany. Znam cię, student i
wiem, że mogę na tobie polegać. Co ty na to?
Po chwili wahania przystałem i Gienek zdradził mi miejsce
ukrycia ikony.
— Toż myśmy tam szperali na Zaduszki z Józkiem! —
wykrzyknąłem. — To tyś nas tak wystraszył?
— A co miałem robić. Trzeba było jakoś was odgonić —
odrzekł Gienek, uśmiechając się na wspomnienie naszej panicznej ucieczki. —
Aleście rwali!
W sobotę po południu, szliśmy znajomą drogą na Krzyżową
Górę. Kiedy znaleźliśmy się na szczycie, Gienek poprowadził mnie w lewo między
drzewami do brzegu stromizny. Szliśmy wolno wzdłuż krawędzi, aż wreszcie
stanęliśmy w miejscu, gdzie ściana zwietrzałego fliszu opadała nieco łagodniej,
a odległość w dół do początku stożka usypiskowego miała zaledwie kilka metrów.
Zeszliśmy ostrożnie, Gienek pierwszy a ja za nim, po czym szliśmy wolno z
powrotem na południe, obserwując wzrastającą po naszej lewej stronie ścianę
skalną. Gienek zatrzymał się przy jednym z głazów, przyklęknął i zgarnął śnieg
z płaskiej powierzchni bryły fliszu, oderwanej kiedyś od urwiska. Następnie
dźwignął jedną stronę płyty odsłaniając plastikowy worek w niewielkim
zagłębieniu i dał mi znak głową, żebym mu pomógł.
Położywszy głaz z powrotem na miejsce Gienek wziął ode
mnie worek. Potem rozwiązał sznurek i wyciągnął okrągłą metalową kapsułę,
podobną do tych, jakich używa się do przechowywania taśm filmowych i wyjął
zawinięty w gałgany prostokątny przedmiot. Kiedy wreszcie opadła ostatnia
zasłona, moim oczom ukazała się ciemnobrązowa tabliczka z twardego drewna
wielkości około dwadzieścia na trzydzieści centymetrów. Ująłem ją delikatnie w
dłonie. Przeważające brąz i czerń miały chyba więcej wspólnego z wiekiem drewna
niż z oryginalnymi kolorami. Żółtawe łaty na obrzeżach sugerowały barwę tła.
Mimo wyblakłych, zatartych zarysów nie można było się jednak pomylić co do
znajomej mi treści wizerunku. Głowa Zbawiciela w ujmujący sposób przytulała się
do policzka matki, ręce dzieciątka obejmowały ją za szyję, a oczy wznosiły się
w górę i szukały jej spojrzenia. Oczy Madonny spozierały w dal i wyrażały
smutek. Lewą dłonią osłaniała dziecko, podtrzymywane na prawym przedramieniu.
Nie mogłem oderwać oczu od obrazu i przekręcałem go w
rożne strony, wykorzystując światło słońca chylącego się ku zachodowi, by
wychwycić i zarejestrować w pamięci jak najwięcej detali.
— No i co? — Gienek wreszcie wyrwał mnie z hipnotycznego
odrętwienia.
— Nie wiem, Gienek. Pojęcia nie mam – powiedziałem,
kręcąc głową z niedowierzaniem.
— Co nie masz pojęcia. Gruba forsa tu leży. Też coś z
tego będziesz miał jak pomożesz.
— Hm... tak — przytaknąłem, ledwie rozumiejąc, co
powiedział.
Dwa dni później z samego rana obudził mnie hałas kroków w
pokoju Gienka. Co do diabla, pomyślałem. Znowu obława na Gienka? Nie pomyliłem
się, tylko tym razem była to milicja. Wyszedłem do dużego pokoju i kiedy
wszystko ucichło, wyjrzałem za okno. Zobaczyłem, jak Gienek znikał we wnętrzu
furgonetki, eskortowany przez dwóch mundurowych. Potem radiowóz
odjechał. [...] (Rozdział 10, s. 180-185)
@
@ @
[...] Poprawiny odbywały się w domu pana młodego w Smolarach.
Uroczystość była bez orkiestry i w znacznie mniejszym gronie, ale ze stołem
zastawionym nie gorzej niż na weselu poprzedniego wieczora. Zaraz na początku
przyjęcia wpadliśmy z Basią na pomysł wycieczki, bo perspektywa siedzenia wśród
wujków i ciotek przez następne parę godzin nie podniecała nas. Wybór padł na
kino w Bystrej i udało nam się namówić Irka ojca, by nas podrzucił na pociąg do
Odłogów. Wracać mieliśmy wieczornym pociągiem, pokonując drogę z Odłogów
piechotą.
— Tylko mi ją całą i zdrową przywieź z powrotem — przypomniał mi wujek
Basi, wysadzając nas na dworcu. — I zadowoloną — dodał mrugając okiem w moją
stronę.
— Nie ma sprawy, panie Kowalczyk. Na mnie może pan liczyć — odparłem
dziarsko.
W czasie podroży kolebiącym z wolna pociągiem doszliśmy do wniosku, że tak
naprawdę żadne z nas nie miało ochoty na kino. Postanowiliśmy więc wysiąść w
Kamiennej, wstąpić gdzieś na kawę i wrócić piechotą przez Przesmyki i Mirów.
Okazało się, że w Kamiennej wszystko było pozamykane, łącznie z restauracją, w
której poprzedniej nocy odbywało się wesele.
— Ot i nici z rozrywek. Zostały nam tylko przygody — powiedziałem
rozkładając bezradnie ręce. Nie zmartwiło to mojej dziewczyny. Ten typ już tak
ma – pomyślałem, wspomniawszy wyprawę na cmentarz poprzedniej nocy. Ja też nie
czułem zawodu: byliśmy sami i to się najbardziej liczyło.
Ruszyliśmy szybkim marszem, skręcając przy kościele w dobrze znaną mi już
drogę. Zmierzch zapadał na dobre, kiedy zeszliśmy w dół do Przesmyków i
zaczęliśmy monotonny marsz drogą wzdłuż Oławy. Cicho było i niesamowicie jak w
grobie, jak zawsze w lesie po zmierzchu. Oczy stopniowo przyzwyczaiły się do
ciemności, zadziwiająco łatwo radząc sobie z rozróżnianiem zarysów kształtów.
Plusk rzeki zacierał złowróżbność czyhającego pomiędzy listowiem mroku.
— Co ty się uwziąłeś, żeby mnie po takich miejscach nocą prowadzić? —
spytała Basia, stąpając tuż za mną po podkładach kolejki, trzymając mnie za
rękę. — Jak chcesz mnie odstraszyć, to mi powiedz, to sobie pójdę.
Dłoń jej mocniej ścisnąłem – za odpowiedź.
— Auć, to tak mnie teraz traktujesz. Szybko się zmieniamy, oj szybko.
Przedtem byłeś bardziej czuły.
Kiedy byliśmy niedaleko Mirowa, przystanęliśmy na chwilę na moście, by
odpocząć. Trzymałem Basię przed sobą, sam wsparty plecami o balustradę.
Staliśmy wsłuchani w chlupot wody kilka metrów pod nami i wpatrzeni w mroczną
ścianę lasu. Powietrze, które wdychałem z zapachem jej włosów, działało na mnie
jak narkotyk.
— Hej — odezwała się, bez odwracania głowy w moją stronę. — Co tam masz w
kieszeni? Coś twardego czuję.
— Już ty dobrze wiesz co.
— Co chcesz z tym zrobić?
— Już ty dobrze wiesz co — powtórzyłem.
— Tutaj.
— Hm.
— Za zimno.
Odwróciłem ją do siebie i pocałowałem mocno.
Mijając Mirów, postanowiliśmy wstąpić do baraku na herbatę. Radek wyłonił
się ze swojej nory, przywitał się z nami i postał chwilę paląc papierosa. Potem
zniknął zostawiając nas znowu samych. Objąłem Basię i skierowałem jej kroki w
stronę mojego pokoju.
— Nie tutaj — wyszeptała.
— Przecież nikt nam nie będzie przeszkadzał — zapewniłem ją szeptem do
ucha.
— Nie, nie chcę. Twój kolega jest obok.
Poczułem się zawiedziony, zdając sobie bezradnie sprawę, że zawód psuł mi
humor w zastraszającym tempie. Taka okazja może się prędko nie powtórzyć,
myślałem z goryczą.
— To co robimy? — spytałem z nosem spuszczonym na kwintę.
— No nie martw się, misiu. Jeszcze na pewno będziemy mieli okazję. Tutaj
nie czułabym się bezpiecznie. Znają mnie tu. Wiesz jak to jest. Potem ciotka
się dowie i kłopot gotowy.
Przemówiło to do mnie trochę, ale nie przywróciło całkiem do życia.
— To co, będziemy chyba już szli? — spytałem, starając się nie brzmieć
posępnie. — Chyba odprowadzę cię teraz do domu, co?
— No, pewnie tak — odrzekła patrząc mi w oczy przepraszająco, biorąc
mnie za rękę.
Wyszliśmy z baraku.
— Pamiętasz to miejsce, które chciałeś mi pokazać tydzień temu? —
spytała, kiedy byliśmy już na drodze.
— Które?
— No, tę stację wodną, hydrofornię, czy coś w tym rodzaju tam dalej przy
potoku. Może byśmy tam się przeszli zanim mnie odprowadzisz?
— Tam? Ale to daleko. Chce ci się wlec w ciemności po krza... po krzakach?
— Nagle do mnie dotarło. — Ale, jasna sprawa! Chcesz zobaczyć? Nie ma lepszej
pory niż teraz.
Wpadłem jak burza do pokoju, żeby złapać klucze, potem wziąłem ją za rękę i
ruszyliśmy. Miałem wrażenie, że moje stopy nie dotykają ziemi, kiedy szliśmy w
mroku roziskrzonym gwiazdami i światłem księżyca. W duszy dziękowałem
opatrzności, że leśniczy powierzył mi pieczę nad szopą.
— My idziemy tam tylko zobaczyć stację i to wszystko? — spytała Basia
upewniając się.
— No masz! No pewnie że tak. A co byś jeszcze chciała? — Oboje
zachichotaliśmy.
Skręciliśmy wreszcie w prawo, by zejść w dół do kładki i przejść na
drugą stronę potoku. Parę minut później, po krótkiej szamotaninie z kłódkami,
przeszliśmy przez metalową furtkę i znaleźliśmy się bezpiecznie w szopie. Było
ciemno i dopiero po dłuższej chwili, dzięki wątłemu światłu sączącemu się przez
szpary pomiędzy deskami, mogłem rozeznać zarysy mojej towarzyszki.
— No i co teraz? — spytałem trzymając ją mocno, przypartą do ściany.
— Co chcesz.
— Naprawdę?
— Nie pytaj, bo się rozmyślę.
Po długim głębokim pocałunku pociągnąłem ją na podłogę z desek. Całując i
pieszcząc, zmagałem się pospiesznie i nieporadnie z częściami jej garderoby.
— Powoli, spokojnie, porwiesz mi wszystko — usłyszałem szept tuż przy moim
uchu. — Nigdzie nam się nie spieszy.
Z wdzięcznością przyjąłem pomoc, czując pod sobą ruchy przywodzące mi na
myśl poruszanie się węża zmieniającego skórę.
— Niech zostanie — wymamrotała, kiedy próbowałem zsunąć jej przez głowę
podwinięty nad piersiami sweter.
— Zimno — wyszeptała znowu po chwili.
— Co?
— W pupę mi zimno.
Ręką wyszukałem leżącą obok kurtkę, którą pospiesznie wsunąłem, chwytając
kątem oka jasny zarys jej wypiętych w łuk bioder, uwieńczony ciemną kępką
włosów.
— Teraz lepiej?
— Hm. Bądź ostrożny i delikatny, proszę — wyszeptała prawie parząc mi ucho
oddechem.
— To twój pierwszy raz? — spytałem.
— Nie, sto tysięcy razy już to robiłam — zachichotaliśmy jednocześnie.
Kochaliśmy się jak para leśnych zwierząt odprawiających w zapamiętaniu
odwieczny rytuał, w którym prawa natury są jedynym nakazem i przewodnikiem. Byliśmy
jak dwa niezależne elementy, które zespoliły się, by osiągnąć pełnię i stanąć
przez ulotny moment twarzą w twarz ze Stwórcą. Tych kilka chwil pierwszego
cielesnego zaspokojenia było dla nas obojga zarówno głębokim doznaniem
zmysłowym jak i duchowym: był to dowód i symbol zarazem połączenia dwóch
strumieni, które od tej pory stały się jednym.
Leżąc później i czując ciepło jej ciała, nie miałem wyrzutów sumienia czy
moralnych skrupułów, których oczekiwałem. Przemknęło mi przez myśl, że jeżeli
seks ma w ogóle jakiś sens poza rozmnażaniem, to tylko z kimś, z kim chce się
zostać na zawsze. Wtedy nie ma znaczenia, czy robi się to w majestacie prawa i
pełnym komforcie, czy po kryjomu na chłodnej twardej
podłodze. [...] (Rozdzial 10, s. 196-200)
@
@ @
[...] Przeciąwszy szosę, pokonaliśmy kilometrowy odcinek drogi
dojazdowej do Odłogów i przeparadowaliśmy przed szpalerem ponurych bloków
mieszkaniowych. Minęliśmy przystanek PKS na końcu osady i przeszliśmy przez
tory przy stacji kolejowej, skąd niedawno wsiadałem do pociągu z Basią.
Restauracja „Pod Sosną” usytuowana była nieopodal budynku stacji.
— Dwa duże piwa na początek, proszę pani, zanim się zastanowimy, co
wziąć do jedzenia — rzekł Radek do kelnerki, kiedy zasiedliśmy przy jednym ze
stolików przykrytych ceratowym obrusem w kratę, w mrocznej, obskurnej sali
przepełnionej dymem i gwarem rozmów. Wiara ciągnęła w sobotnie popołudnie do
wodopoju; do miodu muchy leciały z całych Odłogów i spoza. Jak świat światem,
wszędzie to samo, może tylko dekoracje i trunki inne.
— No, teraz to się można rozmnażać — rozmarzył się. — Teraz ziemia
miodem i mlekiem płynie, jeśli o mnie chodzi. A jak se jeszcze fajkę zakurzę —
mówił przypalając papierosa — to już całkiem fest będzie, po drodze do nieba,
że tak powiem.
Wzięliśmy po grochówce, a na drugie schabowego z ziemniakami i kapustą
kiszoną, do tego dwie setki „Zbożowej”.
— Abyśmy drogi do domu nie zgubili! — Radek wzniósł toast.
— Abyśmy.
Drugie dwie setki zamówiliśmy zaraz po pierwszej rundzie. Potem zjawiła się
nasza grochówka. Gorąca była i pieprzna jak trzeba. Mój system potrzebował
czegoś takiego.
— O, nasz pociąg podjeżdża — powiedziałem obserwując przez okno
krótki skład wagonów, zatrzymujący się i ruszający po chwili w stronę
Kamiennej.
— Chcesz to leć i go zatrzymaj. Tylko się dobrze nogami zaprzyj.
Lepiej napijem się bo stygnie — zaproponował Radek podrabiając gwarę Gawryły. —
Za zdrowie tej twojej, jak jej tam...
— Basia.
— Za zdrowie Basi. Niech się...
— Pitrasi — podrzuciłem.
— Kiełbasi — zaoferował.
— E tam, moje lepiej brzmi.
— A, jak by tam nie było. Jej zdrowie! Dobrą robotę dziewczyna robi,
ratując takiego jednego od zatraty.
Ja wypiłem tylko połowę tym razem, Radek całość.
— To mi maliną śmierdzi — powiedział wskazując na mój kieliszek.
— Na schabowy czekam. Tak na pusto to nie za dobrze. Prędko wysiadkę
bym zrobił — odparłem.
Siedzieliśmy kontemplując nasze niepozorne otoczenie będąc w błogim stanie,
w jakim mizerna strona życia przestaje uwierać duszę. A dużo byłoby do
wybaczania miejscu, w którym się znajdowaliśmy: puste, nie ozdobione ściany z
łuszcząca się farbą, stoliki z metalowymi nogami zgrzytające rozpaczliwie po
posadzce przy każdym ruchu, długo nie szorowana podłoga i okna, których
prawdziwy stan czystości maskowany był przez firanki. Nie miałem już nawet nic
przeciwko moim przemoczonym butom, mokrym nogawkom czy nieuprzejmej kelnerce,
dla której byliśmy uprzykrzeniem. Drażniący początkowo gwar i dym papierosowy
też stały się częścią pejzażu. Zapadający za oknem zmrok maskował brzydotę
topornych bloków i zaniedbanych chałup.
Schabowy wyrwał nas z odrętwienia. Zdawało się, że sam aromat mógł nam
wypełnić żołądki. Smak przeszedł wszelkie oczekiwania, co uzmysłowiło mi, jak
dawno nie jadłem normalnego, gotowanego obiadu.
Mój towarzysz nie miał wielkiej postury, więc wypity alkohol zrobił swoje i
miałem wrażenie, że przeszedł na inny poziom, tak jakby poza orbitę. Raz czy
dwa zauważyłem, jak uśmiechał się do siebie, wpatrując się albo w drugi koniec
sali albo za okno.
— To jak ty to wszystko widzisz, Tomek?
— Masz na myśli pogodę czy sytuację w kraju? — droczyłem się z nim
dla zabawy.
— Wiesz, co mam na myśli, nie udawaj.
— No nie bardzo, tak ci szczerze powiem.
— Życie, młody, o życiu mówię. Co o tym sądzisz?
— A, o życiu mówisz. Trzeba było od razu gadać. Rozmawiasz z
ekspertem. No, ja myślę, że nie jest źle. Jeśli tak miałoby być zawsze, jak
jest w tej chwili, to nie miałbym nic przeciwko temu.
— Zastanawiałeś się kiedyś, jakie małe i śmieszne są te nasze
gówniane kłopoty tutaj, kiedy się na nie patrzy z wyższego miejsca?
— To znaczy, mówisz, że jak wejdę na wieżę kościoła w Smolarach, to
wszystko będzie cacy?
— Ty normalnie niemożliwy dzisiaj jesteś — zaśmiał się — Ja mam na
myśli orbitę, elipsę, skąd ziemię widzisz między innymi gwiazdozbiorami i
galaktykami. I wtedy, właśnie wtedy, zdajesz sobie sprawę, jak to wszystko, co
się na tej naszej małej planecie dzieje, jest bez znaczenia.
— Tak, tylko że tu, na tej małej planecie żyje się, a nie tam, na
elipsie.
— Dobrze powiedziane, młody, oj dobrze! Tak, masz rację, tam się nie
bywa za często; większość czasu jest się tutaj. Tylko że widzisz, niektórzy za
długo tam przesiadują. I w końcu sam nie wiesz, gdzie należysz. Jedna noga tu,
druga tam. Tu bijesz się o chleb, tam śmiejesz się w kułak z samego siebie, żeś
taki ograniczony prymityw, taki orangutan albo jakaś inna zaprogramowana
maszyna. Kiedy tam stąpasz, to jesteś jak skrzypek na dachu: jeden
nieopatrzny ruch i lecisz w dół na łeb na szyję. A weź się zachwiej i w panikę
wpadnij, na dni całe wyprowadzi cię to z równowagi, że ledwie pamiętasz swoje
imię.
W tyle zostawił mnie Radek ze swoim poetyckim sposobem mówienia, ale że
interesująco to brzmiało, więc słuchałem uważnie.
— Dobrze tym, co w zamkniętej kapsule sobie siedzą — ciągnął dalej. —
Ci niewiele widzą i żyją sobie spokojnie. Idą do pracy, żenią się, mnożą się.
Życie, jak ojciec i matka, nie ma z nimi większych problemów, ani oni z życiem.
Co innego, kiedy po cienkiej linie stąpasz, kiedy raczej w klatce dla ptaków
niż w kapsule żyjesz, szarpiesz się i męczysz, widząc przez kraty tę otchłań
międzygalaktyczną, dla której trzeba mieć szacunek, jak dla siebie samego. I to
się nazywa religijność – nie chodzenie do kościoła co tydzień.
Żeby nie wyjść na całkiem tępego rzuciłem pytanie, które tysiące zadawało
przede mną.
— No to, jakżeś taki mądry — powiedziałem przekornie — to powiedz,
jaki jest sens życia? Po co to wszystko? Po co się człowiek rodzi i męczy
tutaj?
Uśmiechnął się figlarnie, przymrużając oczy i wpatrując się we mnie.
— A gotowy jesteś na odpowiedź?
— Ja tam na wszystko dzisiaj gotowy jestem. Podjeżdżaj.
— Nie ma żadnego celu ani sensu — wyrecytował wolno słowo po słowie,
tak jakby się starał, żebym dobrze zapamiętał. — A przynajmniej nikt go nam nie
przygotował — dodał po chwili.
— Jak to, to znaczy, że tylko w łeb sobie palnąć i do widzenia? —
spytałem marszcząc nos i robiąc głupią, pytającą minę.
— Po co zaraz w łeb palnąć — odparł wzruszając ramionami — paluchy do
kontaktu możesz włożyć albo na tory pójść. Po prostu żyć i nie szukać czegoś,
czego nie ma — dokończył już bez sarkazmu.
— Hej hej, zaraz, poczekaj chwileczkę — powiedziałem uchwyciwszy
myśl, która gotowa była mi umknąć. — To już w ogóle nie ma znaczenia, czy
jesteś dobrym człowiekiem czy złym?
— Tak naprawdę to nie. Rodzisz się, rób co ci się podoba, a potem cię
po prostu nie ma. Nie istniejesz, koniec, kropka.
— To brzmi dość brutalnie, muszę przyznać i jakoś nieludzko. I nie
wiem czy się z tym na sto procent zgadzam — powiedziałem po chwili
zastanowienia. — No a co z naszą duszą? Gdzież ona jest? — spytałem skierowując
strumień światła w jeszcze odleglejsze otchłanie alchemii.
— A widziałeś ją kiedy?
— Takich rzeczy się nie widzi, dobrze o tym wiesz.
— Księgi wielkie na ten temat pisali, Tomek. My już może lepiej
zrobimy nie wtykając nosa w te naukowo-religijne rozważania. A to ci tylko
powiem — tu Radek stracił wątek na chwilę. — ty miałeś coś do czynienia z
naukami o ziemi, tak? — ocknął się po chwili z olśnieniem na twarzy.
Skinąłem głową.
— Wyobraź sobie płynący potok lawy. Powstają na nim bańki tu i tam,
wypełnione gazami. Rośnie taka bańka w potoku lawy, płynie sobie, płynie, aż
wreszcie pęka, kiedy jej czas dojdzie, a to co było w środku, ten gaz, ulatnia
się i miesza z otoczeniem...
— No i co dalej? — spytałem niezaspokojony.
— Nic dalej — żachnął się. — A co ma być? Nie pojmujesz? To tak samo
z nami i naszą duszą. Inaczej ci jeszcze powiem, że ta dusza to tak jakby
odcisk, albo miniatura wielkiej i doskonalej całości, w której żyjemy,
zamknięta w nas. Kiedy nasza cielesna kapsuła odpada, ta cząstka nieśmiertelna
wraca tam, skąd się wzięła, jak ten gaz.
— Hm — powtórzyłem do siebie kilkakrotnie, kiwając głową. — To brzmi
dość ciekawie, przekonująco. Tylko jeszcze z tym brakiem celu mam problem —
powiedziałem, nie mogąc się opędzić od natrętnej, drażniącej wątpliwości. — To
mi anarchią zajeżdża, to twoje „rób co chcesz”, brzmi jak pozwolenie na
ludobójstwo i rzeź.
Radek uśmiechnął cierpko.
— Tak, trochę masz tu racji. Kilku skorzystało z tej licencji w
dziejach ludzkości. — Po chwili zastanowienia ciągnął dalej. — Ale od tego są
te twoje religie. Po to je właśnie wymyślono, żeby reguły jakieś poustalać na
ziemi, żeby się jeden z drugim nie pozabijał – coś jak kodeks prawny albo
przepisy ruchu drogowego, które każdy instynktownie zna tak czy inaczej. „Nie
zabijaj”, „nie kradnij”, „nie cudzołóż” – toż to bez religii każdy w kościach
czuje i na liniach papilarnych ma wypisane. Tam, na Zachodzie, nawet kasę
nauczyli się na tym robić, w imię Boga oczywiście. Prawo własności i bogacenia
się uświęcone Dekalogiem, no, lepiej być nie może. Nic dziwnego, że nasi bracia
na Bliskim i Dalekim Wschodzie nas nie lubią – bośmy poszli dalej, dużo dalej i
uprząż z lejcami założyli religii dziadka Abrahama.
— Hej, zwolnij, bo mi się we łbie kotłuje. Chcesz powiedzieć że...
— Nieważne, nie przerywaj; potem sobie to przemyślisz. A to ci
jeszcze powiem — ciągnął — że ci nasi bracia z Bliskiego i Dalekiego Wschodu
jeszcze jedną wielką pretensję do nas mają.
— Jaką?
— Ich Mesjasz jest tylko prorokiem, a myśmy się uparli, aby z naszego
Boga zrobić, że nasz to niby lepszy, a my od nich lepsi, tacy cywilizowani. —
Ostatni zwrot Radek wypowiedział z wyraźną ironią. — My na tej szkapie od dwóch
tysięcy lat już jedziemy, poganiając ją batem do roboty, a ona ledwo zipie,
skóra i kości z niej zostały. Jak nikt jej nie pożywi albo nie zamieni, to
trupem padnie, a my z nią. Ot i ugrzęźli my w tej kałabani, a diabeł karty
rozdaje — powiedział na koniec, naśladując kresowy akcent.
— Radek — zacząłem niepewnie — nie śmiej się z tego, o co cię teraz
zapytam.
— Wal.
— Gdybyś tak dziś zobaczył Jezusa płaczącego, to – nie znając
przyczyny płaczu – co byś pomyślał?
Popatrzył na mnie, jak gdyby mi trzecie oko wyrosło. Potem zacisnął powieki
i potrząsnął głową.
— Dziwne jakieś pytania zadajesz jak na... jak na tę porę roku —
dokończył po krótkim wahaniu. — Podjeżdżaj jeszcze raz.
Powtórzyłem.
— Może dlatego, że mu zimno bez walonek — odparł Radek, bawiąc się
papierosem
— Ja poważnie pytam.
— A, poważnie. Trzeba było tak od razu mówić...
— Myślę, że nie byłby zadowolony, żeśmy jego słowa poprzekręcali. On
głównie szacunek i tolerancję miał na myśli, a my dodaliśmy to i owo, i za
mordy siłą całe narody do jedynie słusznej wiary ciągnęli. Instytucje żeśmy
rozbudowali i ceremoniały powymyślali. Jak mam wybierać, Tomek, to ja wolę do
kina. Facet w komży i ornacie mnie nie bawi. A już czemu z tortur gwóźdź
programu zrobili, to nie mam pojęcia.
— Co masz na myśli?
— Jak to co? Co ma tu krzyżowanie do rzeczy?
— Odkupienie — podpowiedziałem.
— Tak? Ten, co go przybili do krzyża, ani słowa o tym nie wspomniał.
Ktoś inny to wymyślił, żeby stare z nowym połączyć i sprokurować największą
mistyfikację nowożytnej ery. Nie wiem jak ty, ale ja osobiście nie potrzebuję
tortur i rozlewu krwi, aby być chrześcijaninem. „Tak nas ukochał, że własnego
tego-perego, tara-rara...” — przedrzeźniał autora biblijnego cytatu, zabawnie
kiwając głową w prawo i lewo, i wykrzywiając usta.
— To może coś na wzmocnienie teraz? — zaproponował, wyciągając mnie z
tępego zamyślenia.
Tym razem potrzebowałem całej setki.
— Lepiej teraz?
— Ano lepiej. [...] (Rozdzial 11, s. 208-215)
@ @
@
[...] Zbliżał się koniec kwietnia. Deszcz mżył zasnuwając zwykle żywy
i wyrazisty krajobraz, jak brudna firanka zasłania widok przez okno. Dobrze,
pomyślałem, nie będzie mi żal stąd odjeżdżać za parę dni. Robota prawie stanęła
w miejscu przez tę marną pogodę, w związku z czym postanowiłem przyspieszyć mój
wyjazd. Dając leśniczemu znać o mojej decyzji, poprosiłem go o adres domowy
Radka. Oficjalny adres do Konina nie był wiele warty, ale Antoni wyszperał
inny, łącznie z numerem telefonu do siostry, podany do akt jako kontakt w razie
nagłej potrzeby.
I to było właśnie wtedy, kiedy wspominaliśmy zmarłego z leśniczym w jego
biurze, niesamowity huk z niskim przerażającym dźwiękiem przerwał nam rozmowę w
pół zdania. Nigdy nie byłem świadkiem trzęsienia ziemi, ale to mi właśnie
przyszło do głowy, szczególnie kiedy herbata w szklance na biurku pokryła się
koncentrycznymi zmarszczkami, a podłoga jakby się pode mną ugięła. Po ostatnich
wydarzeniach na wszystko byłem przygotowany i nadejście końca świata wcale by
mnie nie zdziwiło.
— Co za cholera? — zawołał Antoni, bardziej zdziwiony niż
wystraszony.
Wyszliśmy na zewnątrz rozglądając się, ale nic nie było widać, ani dymu ani
ognia. Pobiegliśmy do osady, by zastać jedynie trwogę na twarzach mieszkańców i
pytania, na które my sami szukaliśmy odpowiedzi. Po godzinie czy dwóch doszły
nas wreszcie wiadomości.
— Krzyżowa Góra się zawaliła — powiedział jeden z robotników ze
wzruszeniem ramion, jak gdyby od jakiegoś czasu niczego innego nie oczekiwał.
— Jak to się zawaliła?
— Ano zawaliła. Jakby artyleria przeszła, człowieku. Zagłada —
powiedział z zamaszystym ruchem ręki. — Drzewa i ziemia, wszystko, człowieku,
razem wymieszane.
Po południu pojawiło się wojsko i milicja. Tej samej nocy spakowałem się i
przygotowałem do wyjazdu następnego dnia rano. Co za dużo to nie zdrowo,
pomyślałem. Jeszcze trochę i mnie tu samego przywali. Co jeszcze, pytałem
siebie mimowolnie? Co jeszcze?
Wieczorem Antoni zapukał do drzwi.
— Osuwisko, panie Tomku, wielkie osuwisko — mówił. — Nasiąkło to
wszystko wodą jak gąbka przez ostatnie deszcze, a potem zjechało jak po
zjeżdżalni. — Antoni przejechał dłonią po dłoni. — Mówią, że olbrzymi kawał
zachodniego stoku Krzyżowej zjechał aż z samego wierzchołka. Ciekawe czy słup
został? Tam już podobno ziemia się osuwała, ale to było przed moim czasem.
Dopiero w tym momencie skojarzyłem fakty.
— Mówi pan, stok po zachodniej stronie? Jest pan pewien?
— Tego pewien nie jestem, bo nikomu tam nie wolno wchodzić. Tak
podobno mówili saperzy. Właśnie się dowiedziałem od ludzi co wrócili z lasu.
Las, mówili, to wygląda jakby wichura przeszła. Drzewa powyrywane i
poprzewracane jak zabawki.
Mimo woli spojrzałem w kierunku Krzyżowej Góry. Ot, i los sam zadecydował,
pomyślałem. [...] (Rozdzial 12, s. 228-229)
@
@ @
[...] Na grzbiecie Wielkiego Działu skręciłem w lewo
w znaną mi dróżkę, której towarzyszył oznakowany szlak turystyczny. Krzyżowa
Góra była nie do poznania: z rozległej czapy została zaledwie wąska grań.
Kilkunastometrowe urwisko opadało po zachodniej stronie, by niżej przejść w nieregularną
pofałdowaną powierzchnię porośniętą młodymi drzewami. Rozległa połać
zalesionego szczytu runęła w dół zabierając wszystko, co na nim było: drzewa,
ziemie, kości żołnierzy i partyzantów, jak też i pewne cenne starożytne
malowidło ukryte pod głazem. Wschodnie zbocze pokryte starym drzewostanem
opadało nietknięte stromo w dół jak dawniej. Kamienny obelisk uchował się,
stojąc teraz tuż przy krawędzi stromizny.
Zaraz za Krzyżową Górą szlak skręcał w lewo, prowadząc w
dół obok samotnego jeziorka z nieruchomą taflą wody, w której las odbijał się
tak doskonale, że ledwie można było dostrzec różnicę pomiędzy nim a jego
odbiciem. Jezioro powstało w miejscu, gdzie osuwająca się szesnaście lat temu
ziemia uformowała tamę dla strumienia. Nieopodal brzegu stał drewniany krzyż,
obok którego wypływało z zarośli źródełko. Drewniana tabliczka na krzyżu
upraszała o szacunek dla miejsca i głosiła, że woda ze źródełka ma moc
uzdrawiającą.
Odwiedziłem też obie cerkwie w Kamiennej. Starszy
pan zajmujący się cerkwią grekokatolicką był tym samym, z którym rozmawiałem
przed laty. Nie poznał mnie – tyle lat minęło – i uznałem, że nie ma potrzeby
wspominać naszego poprzedniego spotkania. Podczas gdy oprowadzał mnie po
wnętrzu cerkwi i muzeum etnograficznym, wspomniałem w formie anegdoty o moim
nocnym spotkaniu na cmentarzu przed laty. Mój przewodnik uśmiechnął się, jakby
usłyszał coś znajomego i zabawnego. Stwierdził, że to musiał być były
proboszcz, ksiądz Mazur, który w tym czasie był już na emeryturze. Staruszek
zmarł kilka lat temu. Znany był ze swego nocnego czuwania i niejednemu stracha
przez to napędził. Niektórzy mówili, że był niespełna rozumu, owładnięty
obsesją, że ktoś cerkiew odbierze i zamknie. Poza tym jego żona, którą bardzo
kochał za życia, była pochowana w starej części cmentarza i miejsce to stało
się dla niego drugim domem. Oddany był ślepo wierze unickiej i gotów był dla
niej poświęcić życie. W tym miejscu starszy pan uśmiechnął się pobłażliwie,
dodając że ów proboszcz nie był w tym odosobniony i że wszyscy grekokatolicy są
mocno przywiązani to swojej religii, za co wielu było w przeszłości
prześladowanych.
Nikogo ze starych znajomych z Mirowa nie spotkałem. Udało
mi się zaledwie ustalić parę faktów rozpytując tu i tam, między innymi w nowym
sklepie, który teraz mieścił się w jednym z domów wewnątrz wsi. Leśniczy
Dawidowicz wyjechał z żoną; to samo stało się z Gienkiem i Teresą. Gawryło
podupadł na zdrowiu po śmierci żony i syn, ten który odziedziczył gospodarstwo
w Smolarach, wziął go do siebie na stare lata. Chwalko zmarł, zostawiając
Stacha na pastwę losu. Od całkowitej zguby w alkoholizmie uratowała go siostra,
ta sama, którą jako półsierotę oddano do sióstr zakonnych. Na emeryturę
przyjechała w Łemkowiny i zamieszkała razem z bratem.
Szkoły w Mirowie już nie było, choć budynek stał nadal
święcąc pustką. Od nauczycieli w szkole w Kamiennej próbowałem się czegoś
dowiedzieć o losie Józefa. Jeden z nich znał go pobieżnie z czasów, kiedy uczył
w Mirowie. Powiedział, że kilka lat temu spotkał go przypadkowo w Warszawie w
muzeum na wycieczce szkolnej. Józef pracował jako porządkowy. Wydawał się na
zadowolonego z życia, ale znajomego z Łemkowin nie rozpoznał, mając wrażenie,
że rozmawia z nieznajomym.[...] (Epilog, s. 235-237)