FRAGMENTY



@     @     @


[...] Krzyżowa Góra wyróżniała się jedynie nieznacznie w paśmie Wielkiego Działu. Szczyt był rozległą, zaokrągloną czapą. Kilkumetrowej wysokości słup geodezyjny stał na środku znacząc wierzchołek. Kiedy zatrzymaliśmy się i leśniczy zniknął wśród drzew z puszką farby w aerozolu w ręce, ja skierowałem się w stronę prześwitu, który rokował nadzieje na przyjemny widok. Łagodny stok, którym podążałem, nagle zakończył się urwiskiem. Spojrzałem w dół: po kilku metrach stroma skarpa przeszła w chaotycznie uformowane, niejednolite zbocze, dodatkowo urozmaicone omszałymi głazami. Lekko pofałdowany dywan koron drzew rozpościerał się poniżej. Używając strzępków wiedzy geologicznej domyśliłem się, że musiało tu mieć miejsce lokalne osuwisko, które, sądząc po wieku drzew w dole, wydarzyło się dobre dziesięć lub dwadzieścia lat temu. Mimowolnie zrobiłem krok wstecz od urwiska.
Kilometr za Krzyżową Górą skręciliśmy w dół. Szliśmy w milczeniu. Zatrzymywaliśmy się od czasu do czasu, leśniczy znaczył niektóre drzewa farbą i zapisywał coś w notatniku. Było to, jak powiedział, częścią planowej gospodarki leśnej, w ramach której tylko naznaczone drzewa szły pod piłę.
Po drodze minęliśmy kilka wycinek, podobnych do tej, przy której spotkaliśmy Michała i Gienka. Niektóre miejsca były uprzątnięte, z metrówkami i drobnymi gałęźmi poukładanymi w oddzielne stosy. Gdzie indziej panował bałagan zostawiony przez drwali. Dawidowicz robił notatki  i kręcił z dezaprobatą głową, to znowu kiwał potwierdzająco.
 — Wszystkich musi tu pan pilnować i popędzać do roboty? —  spytałem.
 — A gdzie tam wszystkich. Pilarze i wozacy robią na akord, to im się robota w rękach pali. Nawet jak popiją jednego dnia i nie przyjdą do roboty, to potem i tak nadrobią i plan wykonają. Z sezonowymi jest inaczej: odbębni taki jeden z drugim swoje osiem godzin i ma wszystko w dupie.  Żeby się choć przykładali do roboty. Obijają się jak tylko mogą i nic im nie zrobisz; strażnika przy każdym przecież nie postawię.
Pojaśniało wreszcie kiedy znowu znaleźliśmy się w dolnych partiach, aż wreszcie wyszliśmy na miejsce, które wydawało mi się znajome. Po chwili dopiero rozpoznałem je jako to samo miejsce, gdzie poprzedniego dnia rozmawiałem z końską rodziną. Konie dalej pasły się na polu namiotowym. Ruszyliśmy w stronę Mirowa wzdłuż torów, tym samym szlakiem, który przemierzałem poprzedniego dnia. Powtórnie miałem przed oczami płaskie, szerokie dno doliny, porośnięte gąszczem przeróżnego dzikiego ziela, wysokiego po pas, a miejscami nawet i po głowę, przez które tylko z ogniem i mieczem przeprawić się można.
 — Wsie tu kiedyś były — odpowiedział Dawidowicz, kiedy moje zdziwienie nad zapuszczonym krajobrazem wyraziłem słowami. — Ukraińcy, albo Łemki, jak ich zwali. W czterdziestym siódmym wywieźli wszystkich, żeby się szybciej z UPA oporządzić.  Co, o Akcji Wisła pan nie słyszał? — spytał. — Tego oficjalnie w szkołach nie uczą, to może pan i nie słyszał. Ponad dwadzieścia tysięcy polskiego wojska brało w tym udział, przeciwko dwóm czy trzem tysiącom partyzantów. W ciągu zaledwie paru dni ewaku-owano około trzydziestu pięciu tysięcy ludzi z tego rejonu, dając godzinę czy dwie na zabranie najpotrzebniejszych rzeczy. Ci ludzie byli w większości Bogu ducha winni. Pomagali upowcom najczęściej pod groźbą. Co mogli zrobić? Inaczej pogibniosz, ty i twoja rodzina.
Kręciłem głową z niedowierzaniem. O bohaterskim generale i jego walce z bandami słyszałem, ale o masowym przesiedleniu ludności ukraińskiej nikt na lekcjach historii nie wspomniał.
 — To i Mirów też był kiedyś ukraińską wsią? —  spytałem.
 — Nie inaczej. Przesmyki to samo. Tam gdzie na tory weszliśmy — leśniczy wskazał ruchem ręki za siebie — też.  Te wsie tutaj w Łemkowinach, panie Tomku, od szesnastego wieku istniały; niektóre liczyły po kilkaset ludzi.
Szliśmy w milczeniu. Patrzyłem w dół na drugą stronę rzeki i próbowałem sobie wyobrazić – zamiast łanów wybujałych chwastów – pola uprawne, szeregi chałup krytych strzechą, dzieci biegające po drodze, gdakanie kur, szczekanie psów i dzwon w cerkwi przywołujący na nabożeństwo. Musiało tu być kiedyś pięknie – pomyślałem – sielankowo jak na obrazku. Teraz tylko zdziczały ugór pozostał, krakanie wron i wściekłe wycie spalinowych maszyn.
— Smutne i tragiczne było to całe wydarzenie, ta Akcja Wisła — podjął znowu leśniczy. — Nie można jednak polskim władzom odmówić przy tym strategicznego geniuszu.
 — Jak pan to rozumie? —  spytałem zaskoczony.
 — Drugą Irlandię Północną byśmy mieli, panie Tomku. Krew by się tu nigdy nie przestała lać i ziemia by się trzęsła, a od tego może i cała Europa [...]. (Rozdział 2, s. 31-33)




@     @     @


[...] — Skąd pochodzisz? —  spytał Michał.
Nazwa mojego miasteczka zabrzmiała dla niego obco. Dodałem, że leży ono na środkowym wschodzie i że w okolicy jest parę ładnych jeziorek. Gienek ożywił się na wspomnienie jeziora Białka; powiedział, że spędził tam kiedyś parę dni pod namiotem. Michał pochodził ze Śląska a Gienek spod Warszawy.
 — To co cię tu przygnało? —  dopytywał się Michał.
 — Studiowanie mi zbrzydło — odparłem po krótkim namyśle. — Postanowiłem dać sobie rok przerwy. A ty? — dodałem szybko, żeby za głęboko w temat nie wchodzić.
 — Ja to się na studia dopiero chcę dostać, ale mi się jakoś do tej pory nie udało, no i wojsko mnie trochę ściga.
 — A na co zdawałeś?
 — Elektrykę. Niezły numer co?
 — Czemu nie. W porządku kierunek — pochwaliłem bez przekonania. — Praktyczny chyba też. Tylko ze ścisłych trzeba być dobrym.
 — A, sam nie wiem co mi odbiło — powiedział i machnął ręką. — Myślałem, że będzie łatwiej. — Zamyślił się na moment by nagle znów się ożywić. — Co ty chłopie myślisz, że mnie się chce uczyć? Od woja chcę uciec i to wszystko.
 — To który rok już tak próbujesz? —  spytałem.
 — Ten był drugi. Nawet bez wyników wiedziałem, że nic nie wyszło. Jak wyniki ogłosili, to zaraz dałem nogę, żeby mnie do armii nie capli.
Pomyślałem, że to raczej lekkomyślny sposób na życie, ale nie mnie było rzucać pierwszy kamień.
 — No a co będzie jak się w końcu dostaniesz? —  spytałem.
 — Jak to co? Biorę legalnie paszport i daje nogę na Zachód. Spróbuję jeszcze raz w przyszłym roku. Jak się nie uda, to przez granicę się przeszmugluję; nie wiem jeszcze jak, ale są sposoby. Na Zachodzie, chłopie, to jest dopiero życie. Tam na bezrobociu masz lepiej niż tutaj z zarobkiem. Ja już mam plan jak się ustawić: idę na zasiłek, pracuje na czarno i mam potąd. — Zamaszysty i zdecydowany ruch ręki wskazał okolice brody. — Mojego brata kumpel jest w Kanadzie.  Siedzi na zasiłku dla bezrobotnych, dorabia w polskiej cukierni czy knajpie i ma, że żyć nie umierać. W Polsce był już parę razy.
 — Hm, trochę cię to ustawia na marginesie społecznym — skomentowałem trzeźwo. — Marne takie życie. To znaczy, dla mnie byłoby marne —  poprawiłem się.
 — A co ty, chłopie! Byle kasa była i żeby się za dużo przy tym nie narobić. Co to ma do rzeczy, czy na marginesie jesteś czy nie?
 — A ty, Gienek, jaki wiatr ciebie tu przypędził?
 — Północny — odparł enigmatycznie. — Palić tu można u ciebie?
 — A pal.
Po chwili wrócił z popielniczką. Poczęstował papierosem, odparłem że nie palę.
 — Dobrze robicie, chłopaki. Palenie szkodzi na urodę.
 — Aha, to teraz wiem skąd żeś się taki „maszketny” zrobił —  rzucił Michał.
 — Jak by mi twoją gębę dawali, to bym i za darmo nie chciał —  odkuł się Gienek.
 — Takiej za darmo nie dają — zaśmiał się Michał. — W kolejce długo trzeba stać.
 — Hm, na przeszczepy dobra. Kiedyś się jakaś matka pomyli i pieluchę ci na gębę założy.
Zarechotaliśmy wszyscy trzej.
 — To jaki plan na resztę dnia? —  spytałem.
 — A jakiż tu plan można mieć? — obruszył się Michał. — Albo nie, czekaj — ożywił się nagle. — Najpierw idziemy na koktajl party do Gawryły, potem przyjęcie u leśniczego, a potem balanga w ekskluzywnym lokalu pierwszej kategorii „Pod Sosną”  w Odłogach.
 — I burdel na zakończenie — dorzucił Gienek wydmuchawszy ostro smugę dymu.
 — Tak jest — przytaknął Michał. — O tym zapomniałem. Hej, wolnego z tym burdelem —  przypomniało mu się po chwili. — Ty kobietę masz, bracie. Już ty sobie tak nie możesz to tu –  to tam...
Gienek nic nie odpowiedział tylko głowę opartą o ścianę lekko przekręcił w stronę Michała, dając mu do zrozumienia, że temat mu nie leży.
 — No to co robimy? Coś trza na ruszta wrzucić. — Michał wrócił na tor bez mrugnięcia okiem. — Hej, albo zrobimy tak: ty Gienek zostań, grzej bigos i rób herbatę, a my z nowym podskoczymy do starego Oleszczyka po pół litra „zajzajeru”.
 — Może lepiej zwyczajnie, wódkę. Nie wiadomo, z czego ten sukinsyn pędzi.  Ostatni raz łeb mi mało nie pękł.
 — No jak chcesz, tylko że normalna siwucha będzie droższa — odparł trzeźwo Michał.
 — Zrób jak uważasz — Gienek dał za wygraną.
Złożyliśmy się po sto złotych i poszliśmy. 
Drzwi otworzył nam ostrożnie przysadzisty, niski mężczyzna z ciemną, przyprószoną siwizną czupryną na jeża. Okrągła nalana twarz z workami pod zaczerwienionymi oczami, której człowiek nie zaufałby na pięć złotych, wyrażała niechęć i czujność.
 — Czego? —  warknął patrząc na mnie  nieufnie.
 — Napojów chłodzących nam trochę zbrakło, panie Oleszczyk — powiedział Michał przez lekko uchylone drzwi. — Można u pana coś dostać?
Najprędzej to po ryju, pomyślałem, nie mogąc zachować całkowitej powagi w obliczu kontrastu pomiędzy naiwną uprzejmością ministranta i gburowatością szelmy.
 — Co chcesz? Kupne czy swojej roboty?
 — Swojej roboty.
   Mężczyzna otworzył drzwi i wpuścił nas do dusznego, smrodliwego przedsionka i kiwając się na krótkich pałąkowatych nogach zniknął w drzwiach. Po chwili przyniósł półlitrową butelkę z cieczą, której mniej niż doskonała przeźroczystość świadczyła o domowym pochodzeniu produktu. Pomyślałem, że to równie dobrze mogła być słaba herbata albo coś jeszcze gorszego: łapiesz taką butelkę i lecisz, a potem drzwi na klucz i „reklamacji nie przyjmujemy”. [...] (Rozdział 2, s. 36-9)



@     @     @


[...] Jego matka była Polką, a ojciec francuskim Żydem. Poznali się w czasie wojennej tułaczki w Anglii, a po wojnie przyjechali do Polski, by tu się osiedlić i założyć rodzinę. Jego prawdziwe imię, lub ściślej to, pod którym był znany w intymnym gronie bliskich, brzmiało Saul – tego imienia przynajmniej zawsze używał ojciec.
— Saul — powtórzyłem, by usłyszeć imię jeszcze raz. — To brzmi dziwnie znajome, tak jakbym je już wiele razy słyszał, a przecież to anglosaskie imię.
— No, niezupełnie — poprawił Józef — to jest raczej angielska i francuska wersja popularnego żydowskiego imienia Szaul, po polsku – Szaweł.
 Kiedy przekazałem mu głupawe aluzje moich współpracowników, uśmiechnął się wstydliwie pod wąsem.
 — Przynajmniej nie brak im poczucia humoru — odparł, po czym, zaczynając z pewnym zaambarasowaniem, opowiedział historię, która brzmiała niewiarygodnie.
Dzięki masie swojego ciała i dobrej kondycji fizycznej, potrafił wlać w siebie duże ilości alkoholu, od którego w przeszłości, jak się zwierzył, nie stronił. Na studiach traktowany był jako jeden z bardziej towarzyskich ludzi na roku, był duszą imprez i nocy brydżowych. Jakieś nieco ponad rok temu celebrował zdobycie dyplomu informatyka z kumplami w akademiku. Impreza rozwijała się tradycyjnie i planowo, łącznie ze znaczną ilością wypitej gorzały. Józef bawił się dobrze, za dobrze nawet i w pewnym momencie poczuł, że potrzebuje świeżego powietrza. Wyszedł na korytarz, a potem na zewnątrz na schody przeciwpożarowe. Nieświadomy swojego własnego wzrostu, w alkoholowym zamroczeniu oparł się o poręcz, która sięgała mu ledwie do bioder. Zamiast na metalową solidną balustradę, natrafił na pustkę. Przekoziołkowawszy, poleciał w dół na łeb na szyję, zahaczając co jakiś czas o poręcze na niższych sześciu piętrach, co być może uratowało mu życie, zmniejszając siłę uderzenia o betonowy chodnik. Stan rozluźnienia mięsni pod wpływem alkoholu miał jednak decydujące znaczenie w ocaleniu, tak przynajmniej mówili mu potem lekarze.
Skończyło się na wielokrotnych powikłanych złamaniach, wstrząsie mózgu i naruszeniu organów wewnętrznych. Cudem przeżył. Dochodząc do siebie w szpitalu nękały go różne zwidy i majaki, które mózg odgrywał na jawie i we śnie, jak tworzy się film ze strzępków rzeczywistych lub urojonych wydarzeń, krajobrazów, twarzy i słów. Zaczął też miewać dziwne powtarzające się sny. Śniła mu się ikona podobna do tych, jakie można zobaczyć w prawosławnych kościołach. Ta była szczególna: mały Jezus tulił się do matki, obejmując ją za szyję i płacząc. We śnie Józef widział wyraźnie, jak łzy spływały po twarzy i dalej w dół po szatach. Na dole obrazu widoczna była krótka inskrypcja, jarzącymi się jak sztuczne ognie literami, przedstawiająca znak krzyża a potem słowo „GORY”. Sen powtarzał się prawie co noc i nie zniknął nawet po wyjściu Józefa ze szpitala. Zaniepokojony i zaintrygowany zaczął szukać przyczyn. Odwiedzał lekarzy i psychologów, a ci nie wykluczali, że upadek mógł spowodować uszkodzenia w mózgu. Studiując materiały historyczne dowiedział się, że sztuka tworzenia ikon powstała w pierwszych wiekach pierwszego tysiąclecia i że legenda przypisywała jej ojcostwo Świętemu Łukaszowi. Jeden z największych ośrodków ikonotwórstwa znajdował się na górze Atos w dzisiejszej Grecji. Sztuką rządziły ścisłe reguły, które nie pozostawiały miejsca na artystyczną indywidualność czy dynamiczne środki wyrazu. Na obrazach dominowały kontemplacja, nabożne skupienie i powaga, które miały przypominać wiernym o ojcowskiej surowości samego stwórcy.
 — Pamiętam, jak kiedyś ojciec zabrał mnie do ziemi naszych przodków — wspominał Józef. — Miałem wtedy chyba dziewięć czy dziesięć lat. Odwiedziliśmy przy okazji Egipt. W Kairze, oprócz innych zabytków, zwiedziliśmy stary kościół koptyjski, który był jednym z pierwszych, jeśli nie pierwszym zorganizowanym kościołem chrześcijańskim. Była tam ikona podobna do tej, która mi się potem śniła. „Tato — spytałem — Czemu Jezus na obrazie tak się boi i płacze? Przecież jest Bogiem.” Ojciec nie odpowiedział od razu. Potem spacerując ulicami miasta i przesiadując na skwerach długo rozmawialiśmy. Ojciec mówił o Abrahamie, Izaaku, Jakubie, Józefie i jego braciach, o Mojżeszu. Napomknął też o naszej winie i o odpowiedzialności, żeby naprawić błędy. Mówił, że synowie muszą naprawiać winy ojców, potomkowie muszą odkupić grzechy przodków.
 — Pewnie miał na myśli ogólnie winę Żydów za ukrzyżowanie Chrystusa — wtrąciłem ostrożnie.
 — Może i tak — odparł Józef. — Tylko że, widzisz, to każdy wie i nie posądzam ojca, żeby powtarzał mi takie oczywiste rzeczy. Był naukowcem, fizykiem; oczytany, inteligentny, kosmopolita. Mam wrażenie, że miał na myśli coś innego, coś szczególnego, jakby naszą rodzinę osobiście. Żałuję, że wtedy nie spytałem, ale byłem za smarkaty żeby wszystko zrozumieć. Teraz już za późno. — Józef zamyślił się. — Kiedy indziej mówił, że nieprzeciętne zdolności i inteligencja były u nas rodzinne — zaczął na nowo — i że odziedziczyliśmy je po jakimś przodku; jakim, tego nie wiem. Ojciec grzebał się w genealogii, ale jeśli się czegoś dowiedział, to zabrał to ze sobą do grobu.[...] (Rozdział 4, s. 55-58) 



@     @     @


Gawryło opowiedział smutną historię Chwalkowej emigracji i powrotu. Z rodzinnego Jawornika wywieźli ich  w olsztyńskie, całą rodzinę z żoną i małym dzieckiem i z taką ilością dobytku, jaką mogli zebrać w ciągu krótkiego czasu, jaki im dano. Tam urodził się Stach. Po paru latach tragedia dosięgła rodzinę: niedługo po trzecim porodzie zmarła żona Chwalka.  O ile do tego czasu Chwalko miał jeszcze zapał do harówki na roli, zapuszczania korzeni na nowym miejscu i dorównywania sąsiadom, którzy traktowali go jako „zabudz-kiego” przybłędę Ukraińca, tak po śmierci żony coraz mniej się interesował gospodarką, a coraz częściej sięgał po kieliszek i wspominał stare dobre czasy w Łemkowinach. Starszy syn Kazik poszedł do szkół do miasta, a malutką Marysię dobrzy ludzie pomogli wychować i posłali do zakonnic jako pomoc, gdzie miała zapewniony wikt i opierunek. Kiedy po wydarzeniach pięćdziesiątego szóstego roku nastała polityczna odwilż i kiedy przymusowym emigrantom zezwolono na powrót, Chwalko wrócił w rodzinne strony ze Stachem. Nie było jednak od czego zaczynać na nowo, bo wieś już nie istniała. Po zabudowaniach pozostały tylko ślady piwnic i fundamentów, pola zarosły chwastami i krzewami. Zdziczałe drzewa owocowe świadczyły, ze kiedyś znajdowały się tam przydomowe sady. Chwalkowi dostało się gospodarstwo w Smolarach, ale po paru latach dał za wygraną, rzucił rolę i przyjął się do roboty w pegeerze w Odłogach. Marna to była praca i mizerne życie, bez celu i sensu, i bez nikogo, kto czekałby, gdy wracał po dziennym mozole. Szukał więc ucieczki w alkoholu, a Stach, bez lepszego przykładu i mądrej głowy, poszedł w ślady ojca. Któregoś dnia Gawryło zawitał do baru „Pod Sosną”, rozpoznał po głosie swoich braci Łemków i przysiadł się. Po paru godzinach rozmowy zakrapianej siwuchą postanowił, że nie może ich zostawić na pastwę losu. Zaświtał mu w głowie plan, który był rozwiązaniem i dla Chwalka i dla niego. Niedługo potem Gawryło z żoną przenieśli się do Mirowa do jednego z pustych domów, wziąwszy dwa konie i wóz jako swoją część majątku; resztę zostawili synowi. Gawryło zaczął wynajmować się do pracy w lesie jako wozak, a do pomocy wziął Chwalka i Stacha, którzy zamieszkali w tym samym domu, w mieszkaniu obok.
 — No i tak zostało — zakończył Gawryło. — Razem robim i razem pijem.  Moja czasem ugotuje im garnek rosołu albo koszule upierze, żeby z głodu nie poumierali i nie zaśmiardli się. I tak żyjem sobie powoli, aż umrzem.
 — Ej, do śmierci,  panie Hawryluk, to jeszcze daleko.  Nie ma co jej tak wyglądać; sama przyjdzie —  powiedział Michał w formie pociechy.
 — Oj, toż może ty masz i rację, młody, ale gówniane to życie, gówniane. Człowiek tylko pracuje, żre i sra. Hej, długopis — Gawryło rzucił w stronę Mietka — Nie wstrzymuj tam tylko polewaj. Jedziem chłopcy dalej z tym koksem, jedziem, bo się ściemnia.
Kiedy Gawryło podnosił papierosa do ust, trzymając go w lewej ręce, zauważyłem, że brakowało mu części małego i serdecznego palca. Normalnie nie ważyłbym się o tym wspomnieć, ale po paru kolejkach ciekawość wzięła górę nad taktem.
 — Ot, zwykła głupota ludzka, student — odparł Gawryło kręcąc głową z samokrytyczną dezaprobatą, na co Chwalko zachichotał, prawie wypluwając płuca.
Gawryło opowiedział jak to on i paru kolesiów, jeszcze za dawnych czasów w Smolarach, zebrali się zimą na małą popijawę. Nudno było, mówił, jak to zimową porą i czas jakoś trzeba było zapełnić. Pili więc sobie w najlepsze u jednego takiego w domu, kiedy ktoś rzucił pomysł, żeby wzorem barbarzyńskich obyczajów podpatrzonych w telewizji, z zawiązanymi oczami siekierą między palce ręki rozłożonej na pieńku celować. Gawryło jak oświadczył, do tchórzliwych nie należał, zwłaszcza kiedy sobie podpił, więc bez większego zastanowienia podjął wyzwanie.
— Wyszliśmy na podwórko i podeszli do kupy porąbanego drzewa – opowiadał Gawryło – bo tam akurat był dobry pieniek. Nienajgorzej mnie nawet szło na początku. Trochem sukinsynów oszukiwał i żem podglądał spod szalika co mi na oczy zawiązali. No, taki głupi to już nie jestem, student — zadeklarował swoją roztropność Gawryło — Żeby tylko ten baran Pioter Salczyszyn durnej gęby nie otworzył. „Dobrze ci, kurwa, idzie, Gawryło,” mówi. „Ciekawe czy  jeszcze babie w dziurę umiesz wcelować.” Wszystkie wkoło zaryczeli i jam też się zaśmiał. Siekiera poleciała tam gdzie nie trzeba, no i masz babo placek: jeden palec prawie całkiem odcięty i drugiego kawałek.
Cała gromada zanosiła się od śmiechu, każdy na swój sposób: Chwalko gruźliczo, Stachu jakby w Afryce padlinę zwietrzył, Mietek, Michał i ja omal się dławiąc, a Genek szczerząc zęby spomiędzy gęstwiny czarnej brody.
Gawryło ciągnął dalej.
— Ratować my chcieli te kawałki palców, bo w szpitalu jeszcze by ich mogli przyszyć. Ale gdzie tam. Kury się zleciały i zabrały. — Donośny zespołowy śmiech przerwał opowiadanie. — Ganiali my te kury po całym podwórku, co raz przewracając się w śniegu, bo lód był pod śniegiem. Ni cholery nie dało; albo kury zżarły albo gdzieś przepadło pod śniegiem.
Długo jeszcze śmiech roznosił się po lesie. Potem, kiedy musztardówka zataczała dalsze kręgi, parę innych zabawnych opowiastek uprzyjemniło nam czas.  Stach opowiedział, jak to niemieccy dewizowi myśliwi, którzy tu przyjeżdżają na polowania, zachleli się do nieprzytomności, pobłądzili w lesie, a leśniczy potem ludzi w nocy budził, żeby ich szukać.  Mietek przypomniał, jak to komuś hamulce w wozie puściły i koń się o drzewo zabił. Gawryło przytoczył historię o tym, jak niedźwiedź przynęcony rybami wystraszył wędkarzy muchowych, co zjechali na międzynarodowe zawody na Otławie.
 — Francuzy i Włochy najszybciej spieprzali — mówił zaśmiewając się. — Wędki porzucali i zostawili ryby na brzegu, to się misza miał czym pożywić.
Potem Mietek wspominał, jak dygnitarz z Warszawy, minister albo i sam premier przyleciał helikopterem, żeby sobie popolować. Ceregieli i zachodu przy tym było, że nie uwierzyć, mówił. Saperów nawet ściągnęli, żeby miejsce na lądowanie wybrać.
— A do Nieścioruczki, jak ją kamienie nerkowe męczyły, że od bólu mało nie zgłupiała, to ni jak doktorów się nie dało przywieźć.  Baba mało nie umarła. Helikoptera z doktorami nie ma gdzie posadzić, mówili —  skończył Mietek. 
Gienek też się rozruszał i po paru rundach musztardówki powspominał przygody w handlu dolarami. Ze szczegółami opowiedział na przykład, jak „przewałkę” zrobili z całym autobusem Niemców, albo z polskimi handlarzami na dworcu w Budapeszcie.
— To proste —  mówił.  — Robisz plik: jeden prawdziwy banknot dolarowy na wierzchu, drugi pod spodem, a w środku gazety. Potem zadymę kumple robią, że niby nagonka, tajniacy albo milicja.  Klient panikuje, daje forsę, bierze plik i spieprza.
 — Niemców to jeszcze rozumiem, cygan —  powiedział Gawryło — ale żeby tak swoich?  Nie szkoda ci było swojaków?
 — Szkoda to jak krowa do studni nasra — Stach przyszedł Gienkowi na odsiecz — bo to ani gnoju ani wody.
Śmiech znowu zadudnił echem po lesie.
Napomknąłem później o mojej wyprawie do Pokinut, o źródle i kaplicy; że taka schowana w leśnym gąszczu i że takie niesamowite wrażenie na mnie zrobiła. W trakcie opowiadania zauważyłem, że Chwalko żegna się kilka razy pod rząd i lękliwie rozgląda się na boki. Kiedy spytałem, czy się czego wystraszył, czy może taki religijny, powiedział, że to zauroczone miejsce. Kiedyś koło kapliczki stała cerkiew. Spaliła się zaraz po wojnie. Zginął tam pop, ponoć z ręki partyzantów. Nikt tam nie chodzi i ludzie rożne rzeczy mówią o tym, co tam dzieje się w nocy. Niektóre historie aż strach powtarzać. Nadstawiłem uszu i pociągnąłem Chwalka za język. Ten pop to był dziwny charakter, przypominał Chwalko, znachor i wróżbita; ludzie mówili nawet, że heretyk. Dotykiem leczył i wodą ze źródła. Okolicznym chłopom mówił, gdzie drzewa sadzić i studnie kopać, rzadko kiedy się myląc. A takie rzeczy wygadywał prywatnie i z ambony, że biedny prosty lud kołowaciał. Podniesienie przeskakiwał, albo czasem nic innego nie było tylko śpiewy i czytanie Ewangelii. A jak się go ktoś zapytał, to mówił, żeby poszedł, ukrzyżował sobie kogoś i na pamiątkę sobie podniesienie w domu odprawiał, bo on z domu bożego miejsca rozrywki dla ludu nie zrobi.
  — Pomieszało mu się całkiem w głowie — opowiadał Chwalko. — Ludziom zabraniał Zbawiciela naszego Bogiem albo Synem Bożym nazywać, a temu kto mu powie co Odkupiciel za młodego robił, zanim nauczać zaczął, całe dwa metry pszenicy podobno obiecał.
— Nie pomyliło się tobie coś? — wtrącił Gawryło. — Mnie babka opowiadała o popie, co trzy metry żyta dawał temu, kto powie ile bogów mamy, jednego czy trzech.  Nikt żyta nie dostał, bo jak kto powiedział że jednego, to pytał czy o Trójcy Przenajświętszej przypadkiem nie słyszał; a jak kto odpowiedział że trzech, to go od odszczepieńców od Cerkwi nazywał, bo jeden Bóg tylko jest. Oj, niezły to musiał być numer —  śmiał się Gawryło. — W moim typie chłopak był.
 — Zabili go podobno, jak cerkwi bronił przed spaleniem — wspominał Chwalko. — Banderowcy nic po sobie nie zostawiali i palili wszystko w kibinimatery. Łemkowiny całe w łunach były i dużo krwi się polało.
Kiedy spytałem czy pozostawił po sobie rodzinę, Chwalko wiedział tylko, że miał córkę, którą do szkół posłał, ale co się z nią stało, nie wiedział.
 — Mówią, że stara Potapczuczka to popicha — wtrącił Mietek. — Może to ona.  [...] (Rozdział 5, s. 73-78)



@     @     @


[...] W dzień Wszystkich Świętych poszliśmy wieczorem z Michałem do klubu młodzieżowego w Smolarach. Mieścił się on w starym drewnianym domu należącym do wdowy, która – sobie zostawiwszy tylko kuchnię i jeden pokój – wydzierżawiła resztę na użytek okolicznej młodzieży. Obie części miały oddzielne wejścia po przeciwnych stronach domu.
Kiedy dotarliśmy na miejsce zapadł już zmrok. Przeszliśmy przez ganek i znaleźliśmy się w przedsionku prowadzącym do części sprzedaży detalicznej, gdzie można było kupić słodycze, napoje, papierosy, artykuły higieniczne i wiele innych drobiazgów. Po chwili, z butelkami oranżady w rękach, przeszliśmy do świetlicy po drugiej stronie przedsionka. Grupki nastolatków, głównie chłopaków, rozlokowały się po pokoju przy stolikach. Jedni rozmawiali, inni oglądali telewizję albo grali w karty. Mietka dojrzałem bez trudu w małym trzyosobowym gronie. Łatwo go było zauważyć, bo przewyższał pozostałych przynajmniej o głowę. Byli zajęci grą w durnia i Mietek dostrzegł nas dopiero, kiedy znaleźliśmy się przy stoliku.
 — O, wreszcie panowie szlachta do klubu trafili! — rzucił Mietek w naszym kierunku ledwie odrywając oczy od kart.
 — Nie chce się jakoś wyłazić z domu — odpowiedziałem usprawiedliwiająco. 
 — Hej, siadajcie, co będziecie stać. Niech wam nie wisi — zachęcił Mietek, wskazując wolne miejsce przy stoliku. — Heniek, weź no się przesuń trochę.
Usiedliśmy z Michałem obok grających, przyjąwszy rolę kibiców. Heniek miał zaspany wyraz twarzy, mówił jąkając się i co jakiś czas pociągał nosem. Jurek, najniższy w grupie, sprawiał wrażenie najbardziej rozgarniętego z całej trójki, sądząc choćby po sukcesach w grze. W duecie z Heńkiem, z którym, jak się okazało, byli nierozłącznymi przyjaciółmi, stanowił myślącą i gadającą stronę.
 — Wychodź, Heniek, do cholery, bo nie mamy czasu do jutra —  upomniał Mietek. 
 — Zostaw chłopaka, niech się zastanowi — odparł Jurek zanim Heniek zdążył się odezwać. — Z wprawy wyszedł, to mu i niełatwo myślenie idzie. Skup się Heniu, skup — doradził mu przyjaciel. — Tylko się nie pobrudź.
Zachichotaliśmy mimowolnie, podczas gdy Heniek nie zwracał uwagi na drwiny, przyglądając się uważnie kartom w ręku. Wreszcie wyszedł do Mietka z dwóch dam, w tym jednej atutowej. 
 — To nic mniejszego nie masz? —  upewnił się Jerzy.
 — Nie — odparł Heniek krótko, pociągając nosem.
Mietek wziął karty nawet nie próbując ich przebić.
 — Dobre wyjście, panie Henryku.
 — Myślał, myślał i wymyślił — dorzucił Jurek wychodząc do swojego towarzysza z trzech dziesiątek. 
 — Gdzieś ty to gówno uchował? — spytał tamten wolno cedząc słowa swoim nosowym głosem. Ledwie zdążył położyć jednego waleta na dziesiątkę, kiedy Mietek dorzucił mu dwa następne.
 — A ty, Mietek, co, gnój z obory wywalasz,  czy co?
 — Bij, nie pieprz — krótko skomentował Mietek. — A jak nie, to bierz.
Król, którym Heniek pobił, spowodował dodatkowego od Mietka, co dało komplet sześciu kart na stole nie do pobicia.
 — Słyszeliśmy, Heniek, że lubisz zbierać, to pomyśleliśmy że trzeba ci coś dorzucić —  pocieszał go jego przyjaciel.
 — Najlepiej to mu się kartofle zbiera — dodał Mietek.
 — Albo opierdol od ojca — zakończył Jurek, wywołując wesołość dookoła stołu.
Śledziliśmy jeszcze przez jakiś czas przebieg wydarzeń, bardziej dla interesujących komentarzy niż dla samej gry. W kolorowym radzieckim telewizorze leciał dziennik. Niewyraźne, rozmazane barwy i śnieżny obraz stanowiły normę i nikt ani nie protestował ani nie próbował regulować. Nie było w wiadomościach niczego, czego bym przedtem wiele razy nie słyszał. Kraj się podnosi z kryzysu. Tyle i tyle stali wypro-dukowano, tyle i tyle węgla, mleka i mięsa. Trudności są, przejściowe i chwilowe, ale to wszystko się pokona i zmieni na lepsze. Kiedy? Nikt nie wie; nie za prędko, bo bałagan, który Solidarność narobiła, pogłębił się i nasilił problemy. Entuzjazm, z jakim załogi zakładów produkcyjnych witały dygnitarzy rządowych wskazywałby, że poprawa nastąpi lada moment; niech tylko robotnicy zakaszą rękawy, to ho ho ho! Było też sporo o pokojowych inicjatywach Związku Radzieckiego i o przygotowaniach do spotkania na szczycie w Genewie. Jakiekolwiek są motywy obu stron, pomyślałem, to idzie ku lepszemu. Z tą myślą odwróciłem uwagę od dziennika i zatrzymałem wzrok na drzwiach uchylonych do pomieszczenia, z którego dochodziły odgłosy gry w tenisa stołowego. Ruszyłem w tamtym kierunku, a Michał za mną.
Stół pingpongowy zajmował większość pomieszczenia, zostawiając niewiele miejsca dla graczy i stojących przy ścianach widzów. Szybko zorientowałem się, że grali w szóstki i zdecydowałem się przyłączyć do gry. Jako że graczem byłem niezłym a przeciwnicy raczej średniej klasy, zostałem więc przy stole dobrą chwilę, aż mi się znudziło i postanowiłem przegrać dla odpoczynku. Podczas gry czułem wpatrzoną we mnie parę oczu, ich właścicielka stała oparta o ścianę w towarzystwie przystojnego blondyna. Przyjrzałem się jej lepiej. Była młodsza ode mnie o kilka lat. Miała proste, sięgające szyi jasne włosy, gotowe do uśmiechu usta, żywe, zdziwione oczy i mały, nieco zadarty nos. Nasze spojrzenia spotkały się raz czy dwa. Michał jej nie znał i powiedział, że jest pewnie przyjezdna. Żal było odchodzić nie zamieniwszy ani słowa; miałem jedynie nadzieję, że jeszcze ją spotkam.
Ciemno było choć w mordę daj kiedyśmy wracali. Szło się prawie po omacku, co zdenerwowało Michała nieco ponad miarę, jak mi się zdawało. Postanowiłem głośno, że następnym razem weźmiemy latarkę. Michał zadecydował, że jeśli o niego chodzi to następnego razu w ogóle nie będzie i że z nudów można tu zdechnąć. Moje odczucia były nieco odmienne, ale nie protestowałem.[...] (Rozdział 6, s. 90-93)



@     @     @


[...] Szliśmy spiesznym krokiem, nie tracąc czasu. Kilometr czy dwa za punktem załadunkowym Józef wskazał strumień po lewej stronie, który bardziej było słychać niż widać pośród listowia. Strumień przepływał pod drogą i łączył się z Mirowym Potokiem, wyjaśnił Józef, a zaczynał się nieco poniżej Krzyżowej Góry. Gdyby nam się chciało przedzierać przez las wzdłuż strumienia, to byłby to niezły skrót. Odrzuciliśmy tę możliwość po krótkim namyśle i parliśmy dalej wygodną leśną drogą. Osiągnąwszy Wielki Dział skręciliśmy w lewo na znajomy szlak pomiędzy smukłymi bukami. Czerwień zachodzącego słońca zaczęła sączyć się między drzewami. Józef zatrzymał się i podprowadził mnie do prostego drewnianego krzyża nieopodal ścieżki. Krzyż znaczył zbiorowy grób żołnierzy poległych w czasie pierwszej wojny. Zimą 1915 roku toczyły się tu krwawe walki, kiedy front zatrzymał się na tym paśmie wzgórz, wyjaśnił mi. Zginęło bardzo dużo ludzi, część od kul a część z zimna, walcząc beznadziejnie i bezsensownie za swoich cesarzy w imię starego systemu, który i tak skazany był na zagładę. Potem, po drugiej wojnie, UPA miała tu swoje umocnienia.
 — To jeszcze może jakieś karabiny czy hełmy dałoby się tu znaleźć, co? —  spytałem.
 — Może byś i co znalazł, nie wiem.
 — Z pierwszej wojny? — spytałem zaintrygowany
 — Nie, z potopu szwedzkiego! — odparował Józef. — Gdzieżby się co uchowało z pierwszej wojny. Upowcy mieli swoje kryjówki. Podziemne korytarze, szpitale, stajnie, wszystko. Mogli tu siedzieć jak długo chcieli, tylko po prowiant musieli schodzić w dół do wiosek. Niejeden z nich został pewnie tu na zawsze, także coś znajdziesz jak poszukasz: a to piszczel, a to czaszkę...
 — Ee, kitujesz. — Czasem trudno było wyczuć, kiedy Józef mówi na serio.
Ruszyliśmy, by po krótkim raźnym marszu osiągnąć szczyt Krzyżowej Góry. Obeszliśmy płaską czapę wierzchołka wzdłuż i wszerz i zatrzymaliśmy się przy kamiennym obelisku, który mimo imponującego wyglądu nie oznaczał nic więcej poza punktem geodezyjnym. W zapadającym zmierzchu zeszliśmy nieco po zboczu i obeszli wierzchołek, by po półgodzinnych poszukiwaniach powrócić do granitowego słupa. Nic nie znaleźliśmy. Przykucnęliśmy opierając się plecami o zimną skałę. Wysiłek fizyczny złagodził mój zabobonny lęk przed gęstniejącym mrokiem. I czego się bać, pomyślałem? Czymże noc w lesie różni się od nocy w zabudowanym terenie? Chyba głównie tym, domyślałem się, że wroga siła – cokolwiek by to było – jest w stanie podejść cię tak blisko jak chce, jak partyzanci. Omalże nie przeżegnałem się na wspomnienie tych ostatnich.
— Hej, Józef!
— Co? — doszedł głos zza rogu granitowego słupa.
— Właściwie to czemu tę górę nazywają „krzyżowa”? Ja tu żadnego krzyża nie widzę, ani żeby się co krzyżowało.
— Kiedyś się krzyżowało — doszedł mnie niechętny glos z mroku.
— Co?
— Gówno. Teraz chcesz pewnie długą odpowiedź, co?
— No — mruknąłem, chichocząc nerwowo.
— Kiedyś przecinało się tu parę wiejskich dróg i stykały się granice gruntów okolicznych wsi. Zadowolony? — spytał na koniec.
 — Zadowolony — odparłem. 
 — No to fajrant. Swoje odwaliłeś; zobaczyłeś co miałeś zobaczyć, a teraz w drogę, bo i tak już nas nocka zastała — ponaglał Józef dźwigając się na równe nogi.
 — Ej, jeszcze chwilę, poczekaj. Chodź, przejdziemy się tam, do krawędzi — powiedziałem wskazując w kierunku zachodu. — Tylko tam jeszcze zerkniemy i wracamy.
Stąpaliśmy wolno, od czasu do czasu zapalając latarkę, co niewiele dało, raczej utrudniało, bo po zgaszeniu człowiek ślepł jak kret.
 — Feel the force, Luke  — powiedział Józef półgłosem za mną.
 — Co?
 — Nieważne, idź.
 Obok grobów które być może mijaliśmy, przeżegnałem się w myśli za dusze poległych wojaków.
Stanęliśmy na krawędzi stoku, oświetlając go latarką.
 — Tyś chyba zwariował — zasyczał Józef w ciemności, kiedy oznajmiłem mu, że będę schodził w dół. — Chcesz się tu zameldować na pobyt stały?
 — Jak chcesz to wzywaj milicję, ja idę — odpowiedziałem opętany nieodpartą siłą, która kierowała mnie do miejsca, gdzie stroma ściana fliszu przechodziła w nieregularne zbocze.
Czułem jak Józef złapał mnie za kurtkę, by po chwili mnie puścić. Zamarliśmy jak posągi, obaj w tym samym momencie słysząc nieznajomy dźwięk. Na prawo od nas słychać było miarowy szelest liści, sugerujący powolne i ciężkie kroki. Mógł być to równie dobrze wytwór mojej wyobraźni, ale przekonany byłem, że słyszałem brzęczenie łańcucha. Odgłosy oddalały się od krawędzi, przecięły naszą bezpośrednią linię odwrotu i zmierzały z powrotem w stronę urwiska. Jeśli kiedykolwiek wątpiłem czy włosy rzeczywiście mogą stanąć na głowie, tego wieczora miałem potwierdzenie. Omdlewające uczucie owładnęło moim ciałem, miałem ochotę położyć się i zostać tam na zawsze. Z otumanienia wyrwało mnie uderzenie grudek ziemi po twarzy. Nic tylko rosyjscy i austriaccy żołnierze z grobów wyszli, żeby nam miejsce zrobić, błysnęło mi trwożnie przez umysł, albo jakiś banderowiec bierze spóźniony odwet.
 — Spieprzamy, Józek, szybko —  wyszeptałem w stronę towarzysza, który był już w locie zanim zdarzyłem skończyć.
Gnaliśmy jak dwa wichry, jeden poganiany przez drugiego. Raz się potknąłem i rozłożyłem jak długi, oczekując kościstej ręki zamykającej się na mojej kostce, by mnie zawlec w otchłanie piekielne. Podniosłem się i pędziłem w panice podążając za oddalającą się sylwetką Józka. Bieg był to niełatwy i niebezpieczny, bo mało co było widać; tylko parę gwiazd i księżyc, prześlizgujący się miedzy chmurami, dawały odrobinę światła. Niechby konar jaki wystający albo korzeń, to nie daj Boże – ręka noga  mózg na ścianie. A niech to, pomyślałem wreszcie, tracąc oddech i zwalniając do szybkiego marszu; niech się dzieje co ma się dziać. Nie wiedziałem, gdzie jestem i bardziej przypadkiem niż zgodnie z zamiarem znalazłem się z powrotem na ścieżce. Idąc szybkim krokiem, mając jedynie nadzieję, że zmierzam na południe, nic nie słyszałem poza biciem własnego serca i pulsowaniem tętnic. W dali zobaczyłem wątłe światło. W pierwszym momencie przyprawiło mnie to o ponowny atak paniki, by po chwili, kiedy poprzez zagłuszający szum krwi w uszach usłyszałem swoje imię zrozumieć, że były to znaki dawane mi przez mojego towarzysza.
 — Jaja, co? — powiedziałem, kiedyśmy się zrównali i ruszyli razem przed siebie.
 — Ja bym to inaczej nazwał —  usłyszałem. —  Coś mi tu nie gra.
 — Wierzysz w duchy i tego typu rzeczy? —  spytałem.
 — Nie za bardzo. Wydaje mi się, że ktoś czy coś nie chce, żebyśmy się tam szwendali. [...] (Rozdział 6, s. 94-98)



@     @     @


[...] Porządny polski rock lat osiemdziesiątych leciał z głośników, świeży i oryginalny – efekt świtającej w kraju wolności. Kawałki, takie jak „Paw”, „Ta noc do innych jest niepodobna” czy „W moim ogrodzie” przeplatane były zagranicznymi hitami prosto z listy przebojów Niedźwiedzkiego. Podrygiwałem do rytmu mimowolnie. Pomyślałem, że fajnie byłoby wejść do środka i potańczyć, gdy nagle sielanka została przerwana przez gwałtowne i bolesne szarpniecie za ramię. Rozejrzałem się dookoła: to był ten nieprzyjemny typ z bladą gębą i martwymi ślepiami rekina, którego widziałem z rudzielcem w Mirowie. 
 — Hej, uważaj kolego —  rzuciłem za nim.
Zatrzymał się i obejrzał, jak gdyby mnie wcześniej nie zauważył. Wiedziałem, że czekał tylko na ten moment. Po chwili miałem jego gębę tuż przed sobą. 
 — Coś powiedział? — spytał, z ciosem o parę sekund od mojego nosa.
 — Powiedziałem, żebyś uważał jak idziesz, bo ludzi potrącasz —  odparłem grzecznie ale stanowczo.
 — Ty mnie tu będziesz uczył, przybłędo jeden? —  wycedził przez zaciśnięte zęby i złapał mnie za kurtkę.
 — Zostaw go — usłyszałem głos z mojej prawej. — Zostaw chłopaka, mówię. — Mietek zjawił się nagle z pomocą, jak wróżka, klinem nas rozdzielając. Tamten zreflektował się, bardziej chyba żeby zadymy nie robić niż ze strachu, bo był lepiej zbudowany od wiotkiego i długiego Mietka.  Odszedł w swoja stronę, odszczekując coś na koniec.
 — Nie zwracaj na niego uwagi — doradził Mietek. — Ten z każdym ma jakiś problem. Z milicji go niedawno wywalili. Zomowiec zasrany! A wy tu co tak stoicie? Czemu do środka nie wchodzicie?
 — A ja wiem? Jakoś tu lepiej na razie — odpowiedziałem wykrętnie. — Może trochę później.
 — A tam, później. — Mietek ruszył robiąc do nas zachęcający ruch głową. 
Poszliśmy posłusznie za nim, by odłączyć się od niego w półmroku wewnątrz sali. Usiedliśmy w rogu na jednej z przyściennych ławek i obserwowaliśmy towarzystwo. Nie uszło mojej uwadze, że dziewczyna, którą spotkałem w klubie, tańczyła nie tylko z przystojniakiem, z którym ją wtedy widziałem, ale też i z innymi ze swojej grupy. Podobało mi się jak tańczyła: lekko i zgrabnie, dając się prowadzić partnerowi, przyćmiewając go przy tym gracją i elegancją ruchów. Fajnie by się z nią tańczyło, pomyślałem. Zbyt wielu kroków tanecznych nie znałem, ale tymi, którymi dysponowałem, potrafiłem dość dobrze manewrować i improwizować. Tańczylibyśmy oboje jak nic.
Rozmowa z Michałem nie była łatwa przez głośną muzykę i hałas, od których dudniło w uszach. Daliśmy więc za wygraną, zadowalając się obserwacją, podobnie jak wielu innych siedzących lub podpierających ściany. Cała grupka, którą miałem na oku, wyszła na zewnątrz, a po kilku minutach moja znajoma wróciła sama. Usiadła na ławce po tej samej stronie co my, gdzieś w połowie ściany. Na początek leciał kawałek, który nie ożywił mnie specjalnie, coś z repertuaru Petshop Boys, ale następny, „Brothers in Arms”, był jakby na zamówienie.
 — No to na mnie czas, Michał — powiedziałem wstając. Popatrzył na mnie pytająco i gdy odszedłem, czułem jego smętne spojrzenie na moich plecach.
 — Można prosić do tańca? — spytałem ze ściśniętym gardłem i trzepocącym sercem. 
 — Czemu nie — odparła wstając i uśmiechając się, od czego omdlewająca fala ciepła rozeszła się po moim ciele.
 — Mam na imię Tomek — przedstawiłem się po paru tonach muzyki.
 — Barbara —  usłyszałem w odpowiedzi. — Znajomi wołają na mnie Basia; o Baśkę też się nie obrażam. Nieźle grasz w ping-ponga — powiedziała po chwili, przerywając ciszę, w której trochę utknęliśmy.
 — Grałem od drugiej klasy; ledwie mnie jeszcze zza stołu było widać.  Co porabiasz w Łemkowinach? Mieszkasz tu? — spytałem.
 — Nie, jestem z Krakowa. Mam ciotkę w Smolarach. Przyjeżdżam tu często. Prawie wszystkie święta spędzam u cioci.
Tańczyliśmy przez chwilę wsłuchani w przejmujący śpiew gitary.
 — Sama tu  przyjeżdżasz czy z kimś? —  spytałem.
 — Nie, sama. Czemu myślisz że z kimś? — spytała, patrząc mi w oczy z niewinnym uśmiechem i lekkim przymrużeniem oczu.
 — No, a ten twój kolega? Myślałem że...
 — Ach, Irek. To miejscowy — powiedziała, spoglądając na mnie w sposób, w jaki sprawdza się naleśnik na patelni czy jest dobrze usmażony.
 — Aha, miejscowy. To wyjaśnia sprawę — powiedziałem niepewnym głosem.
 — To mój kuzyn, ciotki syn — zlitowała się po paru sekundach.
 — Hm, kuzyn. Dobrze mięć kuzyna, z którym można pójść do kina — zaprezentowałem swój talent do fraszek, co wywołało pożądany efekt na twarzy partnerki.
 — A ty co tu robisz? — spytała po następnych  paru krokach, które zdawały mi się stąpaniem po chmurach.
 — Nie uwierzysz jak ci powiem.
 — Wal, może uwierzę.
 — Drwalem jestem w lesie; to znaczy robotnikiem leśnym — dodałem szybko dla wyjaśnienia.
 — Tylko tyle? Myślałam że księdzem, albo może niebezpiecznym przestępcą zbiegłym z więzienia.
 — Hm?
 — Coś taki zdziwiony? Rożni tu przyjeżdżają; każdy od czegoś ucieka. Od czego ty uciekasz? — spytała, spoglądając mi w oczy z zabawną podejrzliwością.
Ot, zadała pytanie w środku zabawy, pomyślałem, myśląc ciężko nad krótką, wymijającą odpowiedzią. — Od ślepego przeznaczenia chyba najbardziej — odparłem pochylając się nad jej uchem.
Muzyka się skończyła i usiedliśmy na ławce.
 — A tak konkretnie? —  spytała.
 — Konkretnie co?
 — No z tym przeznaczeniem?
 — Ach, to. Cały czas robiłem co mi kazali, bez żadnych pytań. Chyba teraz przyszedł czas na pytania. Urwałem się po drugim roku na dziekankę i siedzę tu od października. Studiuję w Krakowie, tak że my tak jakby rodacy.
 — Myślisz o powrocie na uczelnię?
 — Nie lubię zostawiać spraw nieskończonych — odparłem, przymrużając oczy i uśmiechając się dwuznacznie.
 — Hm, dobry z ciebie chłopak. Trzymaj się swoich zasad, a może... — zawahała się — a może coś z tego wyjdzie — powiedziała, odwzajemniając się podobną mimiką.[...] (Rozdział 6, s. 100-103)




@     @     @


[...] Radek nie miał nic przeciwko pracy fizycznej i nie unikał jej, jak Michał. Pracował w milczącym skupieniu, robiąc czasami wrażenie, że zapominał gdzie jest i po co. Był przy tym raczej niepraktycznym typem, co niejednokrotnie dostarczało humorystycznych sytuacji. Raz, na samym początku, zapytał Gawryłę, w jaki sposób drzewo było zwożone z wycinek w dół stromych stoków. Gawryło odparł z kamienną twarzą, że helikopterem. Nie przypuszczałem by uwierzył, choć wyraz zamyślonej twarzy różnie można było interpretować. Z podobną powagą Gawryło wytłumaczył mu, że granice pomiędzy sektorami w lesie były wyznaczone „leserami”.
 — Laserami — poprawiłem.
Innym razem, oglądając piłę, Radek zrobił uwagę, że coś z zębami nie jest w porządku, bo w obie strony są poprzechylane naprzemiennie. Dobrze, że nie miał młotka w ręku, bo pewnie by je chciał od razu prostować.
W odróżnieniu od Michała, Radek był małomówny. Język mu się rozwiązywał, kiedy miał swoje „mówiące” dni, najczęściej kiedyśmy wracali z roboty. Jego słowa brzmiały jakby nie z tej ziemi były i początkowo słuchając ich czułem się nieswojo.
— Jak to z tym jest, Tomek? — zastanawiał się głośno, kiedy wracaliśmy któregoś popołudnia brodząc w świeżym śniegu.
— Z czym?
— Ano z tym, że ludzie nie mogą sobie dać rady w swoich związkach? Tyle nieszczęść, rozwodów, samobójstw, wykolejeń. O co tu chodzi?
— Wydaje mi się — kontynuował, kiedy bezradnie wzruszyłem ramionami — że najlepsze wyjście to albo zapomnieć o całej zabawie i coś dobrego dla świata zrobić na to konto, albo jeżeli już, to znaleźć tego kogoś... no wiesz — spojrzał na mnie upewniając się czy zrozumiałem. Skinąłem głową. — Tylko że, widzisz, świat idzie z postępem — podjął na nowo — ludzie stają się coraz mądrzejsi i niezależni. Kto dziś chce całe życie męczyć się kompromisami? Niedługo będziemy zbiorowiskiem nieczułych i samotnych samolubów. Ale nie mnie rzucać pierwszy kamień — dodał zniżając głos.
 — Wiesz co? — powiedział innym razem — Ludzie tak naprawdę żyją razem bardziej z potrzeby i konieczności niż z jakiegoś wzniosłego uczucia. Odrobina tego ostatniego jest dobrym dodatkiem, żeby sprawy szły gładko. Spójrzmy prawdzie w oczy — mówił z przekonaniem. — Związki działają na zasadzie „on potrzebuje jej a ona potrzebuje jego”, a nie „on kocha ją a ona kocha jego”. Pomyśl teraz co by było, hipotetycznie, gdyby wszyscy osiągnęli szczyt swoich marzeń i mieli wszystko co zapragną, bez kłopotów i trudów. Myślisz że ostałoby się jakieś małżeństwo? Chyba niewiele i ja bym te zaliczył do wyjątków, nie do reguły. Cały ten system zdaje się obliczony na nasze zmagania z losem i ciągnięcie pługa. Odczep pług, a wszystko leci w rozsypkę.
 — Instynkt i popęd to potężna siła, Tomek — usłyszałem kiedy indziej. — Jeżeli nad nią nie zapanujesz i oddasz się gonitwie za przyjemnością, to może ci to zrujnować życie. Jak ją za mordę złapiesz i przypniesz do pługa uczuć dwojga ludzi, to coś pożytecznego może z tego wyjść. To może zbudować charakter, nauczyć cierpliwości, tolerancji i szacunku – dokładnie tego, czego przydałoby się więcej na świecie.
 — Najpierw trzeba znaleźć tego kogoś do tej więzi, Radek. Żebyż to nie było takie trudne, oj, żeby to nie było takie trudne — westchnąłem, a westchnienie chyba z samego środka mojej duszy wyszło.
 — Może lepiej dla niektórych, żeby nie znaleźli. Więcej byłoby z nich pożytku — odparł.
Pył śnieżny spadł tuż przed nami z drzewa. Radek wyciągnął rękę, pozwolił kilku kryształkom opaść na rękawicę i przyglądał im się idąc.
 — Kocham cię, misterny kryształku śniegu — powiedział głosem pełnym teatralnej emocji. — Całe życie cię szukałem, aż wreszcie cię znalazłem. Och, kocham cię.
Potem rozejrzał się, podbiegł do jednego z drzew przy drodze i odłamał małą gałązkę.
— O, co za gałązka. Moja piękna gałązka —  mówił idąc obok mnie, czule obejmując buczynową gałąź. — Teraz będziemy razem na zawsze, moja kochana.
— I tak to jest — ciągnął nie zwracając uwagi na moje pytające spojrzenie. — Życie, widzisz, w swój beztroski sposób, zawsze znajdzie wyjście na odrodzenie samego siebie, zgodnie z kosmicznymi prawami, których nam do tej pory nie udało się zrozumieć. Rośliny kiełkują i rosną; zwierzęta rozmnażają się i żyją; ziemia kręci się dookoła swojej osi i obraca wokół dziennej gwiazdy, wewnątrz naszej mlecznej galaktyki. Wszystko niby w najlepszym porządku, tylko czegoś jakby brakuje, coś zawsze zostaje niedopowiedziane, niewyjaśnione. Coś nam ciągle umyka, przyciąga i nęci, żeby zniknąć i znów się pokazać. To coś powoduje, że chce się wyskoczyć poza sferę, poza orbitę, ponad to wszystko, żeby zrozumieć i podziwiać. Tak, podziwiać, bo jeśli ktoś czy coś nas stworzyło, to chyba po to, żebyśmy dostrzegli całą tę jaskrawość i powiedzieli: nieźle, cholera, nieźle. 
 — Wiesz co? — powiedział pewnego popołudnia. — Chłopak zakochujący się w dziewczynie, czy książę w księżniczce, to piękne, nie powiem; ale ja bym wolał usłyszeć historię o księciu, co zakochuje się na śmierć i życie w gałązce jabłoni i jest gotów na największe poświęcenia, żeby ją ochronić i zachować na zawsze. Wiem co powiesz, że to nie jest ludzki rodzaj miłości. A ja ci powiem, że nam istotom ludzkim, obdarzonym czymś, co z braku lepszego terminu nazywamy duszą, z tego rodzaju miłością najbardziej byłoby do twarzy.
 — Był u mnie chłopak w klasie w podstawówce, w czwartej czy piątej klasie to było, nie pamiętam — mówił dalej. — Miał dwanaście lat, nie więcej. Zrobił z siebie prawdziwe widowisko zakochując się w dziewczynie z siódmej klasy. Normalnie zwariował na jej punkcie. Nie była brzydka, trzeba przyznać. Oczami za nią wodził, wzdychał, inicjały pisał po książkach i zeszytach. Listy do niej pisał, które do jej worka na kapcie w szkole wkładał. Czasem mu podobno odpisywała i zostawiała list w jego worku w szatni. Gdybyś go zapytał, nie wiedziałby co to seks. Te sprawy nie wchodziły w ogóle w grę, choć, jak się domyślasz z jego wieku, nie były znowu aż tak daleko. W każdym razie, to jego odurzenie nie uszło uwadze nauczycieli, którzy początkowo nie interweniowali, bo nie było powodów; zachowywał się nienagannie, w nauce się nie opuszczał – a wręcz przeciwnie. Dopiero kiedy wdał się w tarapaty z takim jednym z jej klasy, sprawa nabrała powagi. Przesłuchiwali go w pokoju nauczycielskim, jak oskarżonego w sądzie. „To co, żenić się z nią będziesz?”, pytali. „A może pojedynkować się o nią będziesz?”. Rodziców też wezwali, zgodnie ze szkolnym rytuałem. No i wyleczyli go i ją też. Chłopak wziął sobie do serca rady dorosłych, mądrzejszych ludzi – nie głupi był chłopaczyna. Udało mu się z tego wyjść. Wrócił na ziemie, do normalnego życia, do ping-ponga i piłki nożnej, i tak dalej i tak dalej.
 — A co się z nim potem stało? — spytałem, czując niedosyt kiedy opowieść się skończyła.
 — Co? — spytał zaskoczony. — Nie jestem pewien. To było tak dawno. No skończył szkołę. Potem poszedł pewnie na studia, założył rodzinę. Historia stara jak świat. — Radek podrapał się po głowie i potarł nos. — Tak przynajmniej słyszałem od starych kumpli z klasy.
 — Mmm —  mruknąłem do siebie raz i drugi.
 — Taaak —  wymamrotał. [...] (Rozdział 7, s. 116-120)



@     @     @


[...] Boże Narodzenie przyszło znów nieuchronnie, wzbudzając we mnie mieszane uczucia. Było to przeżycie inne niż to, do którego byłem przyzwyczajony od jak długo moja pamięć sięgała – to były moje pierwsze święta poza domem. Brakowało mi przedświątecznej krzątaniny i przygotowań, zakupów, pieczenia, gotowania, zdobywania choinki i strojenia jej; zabiegów, które w moim domu wytwarzały unikały nastrój. Ciekawy byłem i zatroskany, jak mój wewnętrzny system zareaguje na zmianę w ten tak ważny dzień w roku. Trudno mi było sobie wyobrazić, jak mogę zasiąść do Wigilii w gronie obcych ludzi, a bezwigilijny wariant w ogóle nie mieścił mi się w głowie. Moje obawy zostały rozwiane, kiedy obaj z Radkiem zostaliśmy zaproszeni do Teresy – Gienek, jako de facto gospodarz,  zaproszenia nie potrzebował.
Surowe realia środka lat osiemdziesiątych nikogo nie rozpieszczały. Niewiele można było kupić poza tym, co było przydzielone w ramach systemu kartek żywnościowych. Na rarytasy i specjały w Mirowie nie liczono i było miłą niespodzianką, kiedy wieść się rozeszła po wsi, że sklepowej udało się załatwić dostawę karpia. Na brak młodych jodeł i świerków w okolicznych lasach nie można było narzekać, a leśniczy patrzył przez palce na choinkowe kłusownictwo.
Na kilka dni przed Bożym Narodzeniem wstąpiłem po południu do Józefa, ot tak, żeby się spytać, co u niego słychać i dowiedzieć się o jego świąteczne plany. Zastałem go pośród ogólnego nieładu, który mi jakoś do niego nie pasował. Pakował się, przyznał zdawkowo, wzruszając ramionami, jakby to była oczywista rzecz. Co prawda pamiętałem, że wspominał o opuszczeniu Mirowa na dobre, ale jakoś do tej pory świadomość tego, włącznie z konsekwencjami, nie dotarła do mnie. Józef był dla mnie nie tylko źródłem bezcennych wiadomości, ale też duchowym wsparciem i jego wyjazd oznaczał, że w mojej misji – tak to zacząłem nazywać – zdany byłem na swoje własne siły.
— Napijesz się herbaty? — zapytał, wypełniając ciszę, która ciążyła nam obu.
— Czemu nie.
Mieszkanie Józefa było dla mnie zawsze fascynującym miejscem, udekorowanym rożnego rodzaju religijnymi motywami, głównie starymi ikonami. Czekając aż się woda zagotuje, po raz kolejny miałem okazję przyjrzeć się im z bliska. Zatrzymałem się na dłużej przed jednym z wizerunków. Była to reprodukcja podobizny Chrystusa, kopia fresku ze starożytnego kościoła chrześcijańskiego w Konstantynopolu. Właściciel oznajmił z naukową dbałością o szczegóły, że pierwowzór rysów twarzy Zbawiciela został najprawdopodobniej zapożyczony z posągu Zeusa w Olimpii, który był jednym z siedmiu cudów świata. Za czasów wczesnego chrześcijaństwa posąg przeniesiono do Konstantynopola, gdzie później, przeszedłszy rożne koleje losu, statua zaginęła, pozostawiając jednak trwały ślad w kulturze Wschodu i Zachodu na całe następne tysiąclecia.
— No ale chyba wrócisz po Świętach? — spytałem, kiedy usiedliśmy przy stole.
Obserwowałem przez kilka sekund, jak dolna warga mojego rozmówcy pieczołowicie zwilża końcówki wąsów. Myślami zdawał się być gdzieś zupełnie indziej. 
— No tak czy nie? — zadałem pomocnicze pytanie.
— Ty zawsze musisz mieć prostą odpowiedź na wszystko? — Nie byłem pewien, czy było to pytanie czy zarzut.
— Fajną herbatę żeś zrobił — pochwaliłem, chwilowo dawszy za wygraną. — Skąd ją wziąłeś? To nie gruzińska; chyba Cejlon, albo jakaś inna indyjska.
Józef przymrużył oczy i przyglądał mi się bacznie. Mimowolny uśmiech przebiegł mu po twarzy. 
— Ja tam byle śmieci nie kupuję — odparł. — A z moim powrotem to jeszcze zobaczymy.
— Co zamierzasz robić w stolicy? — spytałem, ignorując jego odpowiedź. — Wracasz do cybernetyki?
— Informatyki.
— Niech będzie.
— Nie myślę, żebym chciał do tego wrócić — odparł z nutą rozdrażnienia.
— No to co, dzieci będziesz tam uczył? Człowieku, to nie to co tu! Na łeb ci wlezą i z kopytami zjedzą. Nie mówiąc o tym, że robotę w ciągu roku szkolnego nie tak łatwo znaleźć. 
— Kto powiedział, że muszę uczyć? — Józef jeszcze raz potrząsnął ramionami. — Jest sporo innych rzeczy do zrobienia oprócz codziennego kieratu.
— Na przykład? — spytałem niewinnie, przełknąwszy łyk gorącej herbaty i patrząc na niego wyczekująco z lekko pozorowanym podnieceniem.
— Na przykład zamiatać ulice — wycedził.
— To też coś mi zajeżdża kieratem — odpaliłem i cmoknąłem językiem dla lepszego efektu.
— A zamknąłbyś się wreszcie — Józef wyrzucił podirytowanym tonem. Podniósł się, podszedł do okna i wpatrywał się w zapadający zmrok.
— Jaki to ma wszystko sens? — zaczął po chwili. — To mrówcze ganianie, to dźwiganie, przenoszenie z miejsca na miejsce, budowanie, rozwijanie. Co to wszystko ulepsza i kogo uszczęśliwia? Człowiek nie ma czasu, żeby się po dupie podrapać: zrywa się rano, leci do roboty, żeby wyrwać te parę złotych na przeżycie miesiąca, wije się jak robak, pełza jak kret pod ziemią i nic mu czasu nie zostaje na to, co naprawdę ważne. — Tu Józef odwrócił się znowu twarzą do mnie. — A żebyś mnie jeszcze raz nie zapytał z tym swoim „Na przykład?”, to ja się ciebie zapytam: o teorii względności i falach grawitacyjnych słyszałeś? Nie? Wielu z tych, co nawet słyszeli, nie wierzy w ich istnienie. Kto wie, może mają rację, ale to ci tylko powiem, że do niedawna mało kto zdawał sobie sprawę z istnienia fal elektromagnetycznych, a dziś dzięki Bogu komunikujemy się nimi.
Patrzył mi uparcie w oczy jak Jezus z ikony na ścianie, aż poczułem się nieswojo.
— A zdajesz sobie sprawę, ile energii jest dookoła? — Józef wykonał ręką nieokreślony młynek w powietrzu. — Myślałeś kiedyś o tym? A my co? Ropy się czepiliśmy i nie odczepimy się aż się skończy i wtedy... — tu się zawahał szukając słów —  i wtedy pracowite mrówy pozrzucają ciężary z pleców, rozejrzą się i zdadzą sobie sprawę, że zbudowały mrowisko na wulkanie, albo że płyną prosto na górę lodową.
Józef wrócił do stołu i usiadł z powrotem na krześle. Role się tak jakby zamieniły: teraz ja nie byłem całkiem pewien gruntu pod nogami, podczas gdy on, założywszy wygodnie nogę na nogę i  podparłszy brodę na dłoni, przyglądał mi się z pobłażającym uśmiechem.
— A o Świętym Graalu słyszałeś? — zapytał pogodnie, jakby się dowiadywał o ostatnią sztukę ze Stuhrem w Krakowie.
— Coś tam słyszałem, piąte przez dziesiąte — odparłem. — To rzekomo kielich, z którego Jezus pił na ostatniej wieczerzy, czy coś w tym rodzaju.
— Hm, tak słyszałeś, co? — Józef pokiwał głową. — To pewnie cię trochę zaskoczę, jeśli ci powiem, że tu nie chodzi o kielich, nie o puchar ani o żadne inne naczynie, ale najprawdopodobniej o „Sang Real” czyli Królewską Krew. Według tych teorii prawdziwym Graalem jest krew i geny Jezusa przekazane jego potomstwu i niesione do dziś przez pokolenia.
Mimowolnie postawiłem szklankę na stole, chyba w podświadomej obawie, by nie wypadła mi z ręki.
— Potomstwo Jezusa? — spytałem nie wierząc własnym uszom.
— Przyjrzałeś się kiedyś dobrze „Ostatniej Wieczerzy” Leonarda da Vinci? — padło następne pytanie zamiast potwierdzenia.
Milcząco pokręciłem głową.
— Nie? To się przyjrzyj. Ten po prawej stronie Nauczyciela to nie Jan Apostoł, ale kobieta – ślepy by zau-ważył. To najprawdopodobniej Maria Magdalena, Róża, jak ją potem szyfrem nazywali Templariusze, wolnomularze i wielu innych wtajemniczonych. Merowingowie, pierwsza chrześcijańska dynastia Franków, której potomkowie żyją do dzisiaj, być może wywodzą się wprost od Jezusa i Magdaleny. [...] (Rozdzial 8, s. 131-135)



@     @     @


[...] — Mamusiu, kiedy psyjdzie Mikołaj? — spytał Piotruś, który pojawił się nagle znowu przy stole, znudzony długim wyczekiwaniem na najważniejszą dla niego część uroczystości. 
Wdzięczny mu byłem, podobnie chyba jak cała reszta, za wyrwanie nas ze zbyt absorbujących i poważnych, jak na tę okoliczność, tematów.
Gienek powiedział, że musi wyjść i rozejrzeć się.
 — Może Mikołaj nie może do nas trafić albo co? — wyjaśnił. Nie wracał przez dobre dziesięć minut.
 — Mikołaj idzie —  oznajmił poważnie po powrocie. 
Piotruś pobladł.
 — Idzie do nas, naprawdę? Widziałeś go?
 — Tak jak ciebie teraz —  odparł Gienek rzetelnie.
 — Aha, to masz teraz, bracie — Radek dolał oliwy do ognia.
 — Cicho bądź, wujek — ostrzegł Piotruś bliskim płaczu głosem.
Zgasiliśmy światło i przeszliśmy do pokoju obok, gdzie elektryczne kolorowe światła na choince ledwie rozjaśniały ciemność. Gienek wyszedł na zewnątrz, żeby wprowadzić świętą osobę do domu. Najpierw usłyszeliśmy odgłosy otupywania śniegu na progu, potem niski przytłumiony głos, aż wreszcie ujrzeliśmy przedziwny stwór wyłaniający się z mroku drzwi kuchennych. Piotruś stał struchlały przed Teresą, osłonięty jej rękami, których się trzymał kurczowo. Święty Mikołaj był mężny i wysoki, co starał się zamaskować przybierając przygarbioną posturę. Miał na sobie długi kożuch wywrócony włosem na wierzch i podobnie włożoną czapkę. Na nogach miał walonki, przepasany był wojskowym szerokim pasem, a twarz zasłaniała mu długa krzaczasta broda, bardziej wyglądająca na pęk konopi niż prawdziwy zarost.
Mikołaj zdjął worek z ramienia, postawił go na podłodze i przez chwilę spoglądał na nas srogo.
 — Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus — powiedział na przywitanie.
 — Na wieki wieków amen —  odpowiedzieliśmy chórem.
 — Niech Mikołaj usiądzie — zaproponował Gienek z uszanowaniem, podsuwając krzesło.
 — Bóg zapłać, dobry człowieku — powiedział Mikołaj znajomym aczkolwiek zamaskowanym, niskim głosem. Nieprzyjemny odór alkoholu i tytoniu dało się wyczuć w powietrzu.
  — Słyszałem, że w tym domu są dzieci, to przyszedłem zobaczyć, jak się sprawują i może dać jakieś prezenty, jeżeli sobie na nie zasłużyły — zaczął Mikołaj. — A gdzież się te dzieci chowają? —  spytał, rozglądając się dookoła i udając, że nie dostrzega Piotrusia.
 — Piotruś, idź i przywitaj się z Mikołajem — szepnęła Teresa, popychając zdrętwiałego ze strachu chłopczyka.
 — Co, jedno tylko macie? Coś słabo się starają w tym domu. Na drugi rok nawet sobie du... głowy nie będę zawracać dla jednego dziecka. Drugie ma być, rozumiesz? — powiedział Mikołaj zwracając się do Gienka. Widziałem, jak Teresa przygryzała wargi powstrzymując uśmiech. — No, chodź no tu, Piotruś, podejdź bliżej. Nie bój się, nie ugryzę. A przeżegnać się umiesz? — zapytał Mikołaj, na co chłopczyk odpowiedział kilkoma energicznymi skinieniami głowy i posłusznie wykonał znak krzyża. Potem twierdząco odpowiedział na parę pytań, jak na przykład, czy mówi pacierz codziennie i czy słucha się mamusi.
 — A dziewczyn w szkole nie podrywasz? — spytał Mikołaj.
 — Ja... ja jesce do skoły nie chodzę —  odparł Piotruś przytomnie.
 — No a gdybyś chodził to...?
 — No, może tak Mikołaj już te prezenty da... —  przerwał Gienek, dając Mikołajowi lekkiego szturchańca.
 — Wszystkim się dzisiaj gdzieś spieszy — zrzędził Mikołaj, sięgając po worek.
Kiedy prezenty były rozdane i cała ceremonia zakończona, podziękowaliśmy Mikołajowi za wizytę i prezenty, a Gienek pomógł mu wstać z krzesła i odprowadził do drzwi. Po chwili zza okna usłyszeliśmy odgłosy sugerujące, że Mikołaj znalazł się w tarapatach schodząc po schodach.
 — O kurwa mać! — usłyszeliśmy za oknem, poprawione malowniczym ukraińskim przekleństwem, które nie całkiem zrozumiałem i postanowiłem poprosić Gawryłę przy najbliższej okazji, by je powtórzył.
 — Co to było? — spytał Piotruś, oderwany na chwilę od rozpakowywania nowego strażackiego samochodu.
  — A, to nic, Piotruńka. Ktoś tam pewnie przechodził koło domu i się potknął —  upewniła szybko Teresa.
 — Powiedz mu, zeby tak bzydko nie mówił więcej, bo do niego Mikołaj nie psyjdzie na drugi rok — odparł Piotrek roztropnie.
Potem zapaliliśmy światło w kuchennym pokoju i wróciliśmy do stołu, żeby kontynuować świętowanie. Po przełamaniu drobnych wątpliwości natury moralnoreligijnej otworzyliśmy pół litra, obiecawszy Teresie solennie, że na jednej butelce się skończy. Na pasterkę do Smolar za daleko było iść po ciemku, więc daliśmy za wygraną z pielęgnowaniem tej tradycji. Za to przed odejściem, tuż przed północą, umówiłem się z Teresą na wspólną wyprawę do kościoła na mszę o dziewiątej rano. [...] (Rozdział 8, s. 141-144)



@     @     @


[...] Antoni rozlał pierwszy toast, który wychyliliśmy „za te Święta”, zanim zabraliśmy się do posiłku. A ona, ta wódka, gorzka i wredna była, że tylko w mordę lać, jak każda wódka na tym Bożym świecie. Jedynie Antoni oszczędzał się ze względu na zdrowie; cała reszta, łącznie z panią domu, rzetelnie spełniała toasty.
 — To za tych co nie z nami! —  wyrwało się nieodpowiedzialnie Radkowi.
Antoni przygryzł wargę i łza błysnęła mu w oku. Spojrzałem na niego z wyrzutem, że już lepszego toastu nie mógł wymyślić, on, człowiek słowa, od którego można oczekiwać wrażliwości i subtelności. Jedyna córka Dawidowiczów, Dorota, trzy lata temu nie mówiąc nic nikomu przerwała studia i wyjechała ze swoim chłopakiem do Austrii, razem z całą falą ludzi korzystających w tym czasie z szansy opuszczenia kraju. Przesiedziawszy rok w obozie przejściowym pobrali się i wyjechali do Kanady. Antoni nigdy się nie pogodził ze stratą i nie mógł wybaczyć swojemu dziecku nieodpowiedzialności i nieposłuszeństwa. Poza rodzicielską tęsknotą była w jego postawie dyktatorska bezkompromisowość, która kontrastowała z łagodnym i przyjaznym usposobieniem.
 — To wy tu sobie posiedźcie, a na mnie czas rozprostować kości i zrobić mały obchód — rzekł Antoni wstając od stołu.
 — Tylko ubierz się, Antoś —  powiedziała pani Danuta nawet nie próbując go powstrzymywać.
 — On sobie nigdy tego nie przetłumaczy — rzekła, kiedy już tylko wspomnienie zmęczonych powiek i smutnej twarzy pozostało z nami. — A mówią, że mężczyźni są racjonalni i że to kobiety kierują się emocjami. Jak to jest z wami mężczyznami, panie Radku?
 — Nie wiem tak na sto procent, ale ja się chyba zaliczam też do wyjątkowej grupy, tej, co to sobie wytłumaczyć nie może. I takich jak nas nie jest wcale mało, to mogę pani powiedzieć z pewnością.
 — Hm, tak, ty, leśniczy i jeszcze Ziutek z Bombaju — wtrąciłem, wybuchając śmiechem.
 — Strasznie zaraźliwy śmiech macie obydwaj — rzekła pani Danuta, wycierając łzy z oczu.
 — Ano się ma ten śmiech — odparł Radek. — To tak na pociechę chyba. Jak my w kolejce stali do Pana Boga, to ten dostał rozum, tamten pieniądze, kto inny jeszcze co innego, a mnie się to dostało.
 — Ej, nie jest tak źle, panie Radku — zapewniła gospodyni. — Pisze pan wiersze; nie każdy to potrafi.
 — Każdy, pani Danusiu. Nie każdemu się tylko chce trud zadać.
 — A jak panu z tą powieścią idzie?
 — Krótką czy długą odpowiedź pani chce?
 — Krótką najpierw.
 — Marnie mi idzie. — Radek spoważniał. — Nie wiem, może źle się za to biorę. Ale skąd mam wiedzieć? Ja najlepiej znam się na wierszach. Nie wiem, co mnie opętało, żeby się wziąć za powieść. Chyba dla zaspokojenia próżności i uspokojenia sumienia, które mi podpowiadało, że dosyć wierszyków i fraszek na jakiś czas i że pora wziąć się za coś poważniejszego. Coś mi się wydaje, że nic z tego nie będzie. — kiwał głową patrząc w stół melancholijnie. — Za dużo zgiełku i zamieszania mam teraz w życiu. Przeciążenie mam takie na zwojach, że tak powiem i chyba najlepiej to przeczekać.
 — A może...
 — No co?
 — A może lepiej te osobiste sprawy najpierw załatwić. Być może potem reszta sama jakoś się ułoży?
 — Ano, niewiele można zrobić w tej chwili — odparł Radek wzruszając bezradnie ramionami. — Rozbił się ten gliniany garnek i nie jestem pewien czy jest sens go kleić. Za jakiś czas znowu niechybnie trzaśnie o podłogę. Nie warto się chyba trudzić.
 — Niech pan tak nie mówi. Małżeństwo to rzecz święta. Jeżeli dzieje się gorzej, to trzeba przez to jakoś przejść i wybaczyć, byle przetrwać, byle trzymać się razem.
 — Tak pani myśli? — dopytywał się Radek przymrużając zabawnie oczy. — Jak tak pani mówi, to pewnie tak jest —  zawyrokował dziarsko, ewidentnie starając się zakończyć temat lekkim akcentem. — A my się lepiej napijem, bo wódka stygnie — orzekł podnosząc szkło. — Pierdykniem, bo odwykniem.
 — Chluśniem, bo uśniem —  dodałem.
 — Zdrowie na budowie —  dorzucił Radek.
 — Po szklanie i na rusztowanie — zaoferowała pani domu zaskakując nas kompletnie. [...] (Rozdział 9, s. 154-156)



@     @     @


[...] Powrót Antoniego dało się słyszeć na progu, co nas szczęśliwie przywróciło do normalności z bezdroży, gdzie horyzont prawie już znikał z oczu. Leśniczy wrócił ze spaceru w lepszym nastroju. Zeszliśmy na lżejsze tematy, przegryzając z lekka i przepijając od czasu do czasu, to za zdrowie tego, a to za pomyślność tamtego; miedzy innymi za to, żeby się w kraju lepiej zaczęło dziać. Przy tym ostatnim Antoni zawyrokował, że nic już z tego nie wyjdzie i komuna wszystko zdusi, na co Radek odparł, że niekoniecznie i że światło w końcu tunelu widać. 
 — Panie Antoni, to tak jak mała szczelina w zaporze wodnej; myśmy ją tu właśnie zrobili. Teraz woda musi swoją robotę zrobić i to się właśnie dzieje, podczas gdy my siedzimy przy tym stole. Ci co ich powypuszczali z internowania, to pan myśli że co, że wrócili do domów przerobieni na komunistów? Gwarantuję panu, że gruszek w popiele nie zagrzebują. Tama musi w końcu pęknąć, mur się zawali, a my siłą ciężkości do jakiegoś normalnego systemu dojdziemy. Łatwe to nie będzie, ale siły nie ma, żeby ten proces teraz zatrzymać.
 — A co tam pan mówisz? Do jakiego my systemu dojdziemy — bronił swego stanowiska Antoni. — Po komunie to my tylko do republiki bananowej możemy dojść. Wszystko zrujnowane po czterdziestu latach; wszystko co kraj produkuje do sowietów idzie, za darmo. Fabryki, huty, stocznie i kopalnie pobudowali za ciężkie, pożyczone z Zachodu waluty, i co? Cała produkcja na wschód. Nasi chłopi produkują tyle żywności, że pół Europy można wykarmić i gdzie to jest? Do ruskich wszystko idzie. Idź pan do sklepu, to pan zobaczysz, co nam zostało: ocet, musztarda i herbata. 
 — Nie jest już tak źle teraz, Antoś —  wtrąciła pani Danuta. — A będzie lepiej. 
 — A co lepiej? Gówno lepiej. Wszystko na kartki. I do czego to wszystko idzie? Wódkę za to możesz kupić bez problemów. Stara sztuczka; już car jej używał i cesarz, żeby polskość wytępić.
 — No dobrze nie jest, panie Antoni, zgadza się — przyznał Radek. — Ale niech pan spojrzy na to tak: dna już dotknęliśmy i głębiej nie możemy iść. Teraz już tylko może być lepiej. No nie tak?
 — Nie wszystko może się od dna odbić — bronił się Antoni.
 — Tak, na przykład młotek albo kowadło — podrzuciłem. — Sru na dno i do widzenia – przepadło, młotek i kowadło.
 — Albo worek z lemieszami — dodał Radek, idąc tym samym tropem.
 — Wiem, wiem —  zawołałem. — Albo koza, co rower zjadła i do sadzawki wpadła. Hej, znowu mi się zrymowało — wykrzyknąłem z nieukrywanym entuzjazmem, wywołując wesołość dookoła stołu.
 — A żeś głupi, młody, że szkoda gadać — Radek pokręcił głową. — Takie durnoty wygadujesz, że aż uszy więdną. Czy ty nie za dużo przypadkiem wypiłeś, bratku?
Wiele jeszcze padło słów zahaczających o politykę, jako że my Polacy lubimy politykować –  pewnie dlatego, że  jakoś w ciekawych czasach zdarza nam się ciągle żyć. Od antykomunistycznego tonu nikt z nas nie odbiegał w rozmowie; różniliśmy się jedynie stopniem wiary w obalenie systemu.
 — A to jeszcze panu powiem, panie Antoni — mówił mój współlokator — że nam, Polakom, bardziej do twarzy byłoby z odrobiną szacunku dla tego nieszczęsnego narodu za Bugiem. My wpatrzeni jesteśmy w Zachód jak ta sroka w gnat i pogardzamy tymi ze wschodu jakbyśmy lepsi byli, a przecież my do tej samej słowiańskiej rodziny należymy, podobnym językiem mówimy i w tego samego Boga wierzymy, może tylko trochę inaczej.
Twarz Antoniego poczerwieniała i obawiałem się starcia.
 — To pan już chyba zapomniał co oni nam zrobili — odpalił leśniczy. — Niech pan trochę do historii sięgnie: zabory, najazd bolszewicki, druga wojna, Katyń, zsyłki i łagry. Niczego dobrego żeśmy od nich nigdy nie zaznali.
 — To polityka, panie Antoni — odparł Radek podnosząc rękę na znak pokoju. — Ten naród nie ma nic przeciwko nam i nigdy nie miał, tylko że albo carat albo czerwona zaraza go za twarz zawsze trzymała, z batem w ręku. To są porządni, bogobojni i gościnni ludzie, tak jak my.
 — Pan Radek ma racje, Antoś — wtrąciła pani Danuta, zakłopotana, że nie może trzymać strony męża. — Mieszkałam z mamą wśród nich, to wiem coś na ten temat. Wywieźli ją jak wielu innych na rozkaz Stalina, ale Rosjanie zawsze traktowali nas jak ludzi i tego nigdy nie zapomnę.
Było już dobrze ciemno za oknem, kiedyśmy się wzrokiem dogadali z moim towarzyszem, że czas już nasz się zbliża; swoje żeśmy tu zrobili i trzeba było gospodarzom zejść z karku. Następnego dnia szliśmy do roboty i trzeba było się wyspać. Na drogę dostaliśmy trochę ciasta i już nas nie było. Święta, święta  i po świętach. [...] (Rozdzial 9, s. 159-161) 




@     @     @


[...] Daty wskazywały, że zeszyt zawierał prawie okrągłe dziesięć lat notatek, pomiędzy październikiem trzydziestego i wrześniem trzydziestego dziewiątego roku. Kiedyś to robili porządne zeszyty, pomyślałem z podziwem; dziś taki w rok by się rozleciał. Rozległy przedział czasowy pamiętnika i częste, długie przerwy pomiędzy zapisami świadczyły, że autor robił notatki konsekwentnie aczkolwiek nieregularnie. Nie miałem mu nieregularności za złe, bo sam wiedziałem z własnego doświadczenia, że zwykle czegoś, co się robi z potrzeby serca – a zakładałem, że taki charakter miały notatki – nie da się ująć w tryby regularnej dyscypliny; a nawet gdyby się dało, to rezultat nie byłby wart wysiłku.
Pismo notatek było nierówne. Miejscami tekst pisany czarnym atramentem był wyraźny i czytelny, by w innych zapisach, oznaczonych innymi datami, przemienić się w wężykowate hieroglify, ledwie czytelne, pisane niedbałą czy nieuważną ręką. Mogło to być spowodowane niewygodami, w których autor pisał lub pośpiechem, w jakim starał się w zarejestrować ulotne myśli. To ostanie przemawiało do mojej wyobraźni; znajome były mi te chwile, kiedy ręka nie nadąża za tym, co pomyśli głowa. 
Na samym początku lektury, kiedy otworzyłem notatnik w kilku miejscach na chybił trafił, moją uwagę zwróciła w tekście wzmianka o Świętym Pawle. Niewyraźna notatka na marginesie ze strzałką wskazującą na imię apostoła zawierała słowa „Szaweł”, „Saul” i „wyproszony”. Czytałem z zapartym tchem i wierzyć nie mogłem własnym oczom. Była to charakterystyka Pawła, stworzona najprawdopodobniej na podstawie materiałów źródłowych, do których autor miał dostęp, jak też i jego własnych przemyśleń. Notatki potwierdziły to, co już wiedziałem, mianowicie, że przed nawróceniem Paweł był faryzeuszem, który prześladował pierwszych chrześcijan i który sam nawrócił się na chrześcijaństwo w drodze do Damaszku. Wernychowicz rozpatrywał na kartkach notatnika dwie możliwości: jedną, że Paweł rzeczywiście uwierzył i stał się zagorzałym krzewicielem nowej wiary i drugą, że działał na zasadzie „konia trojańskiego”. Wernychowicz pisał: „Wykształcony i gorliwy ortodoksyjny hebrajczyk, faryzeusz, przedsiębiorca, zagorzały prześladowca pierwszych Chrześcijan. Czy taki człowiek, realistycznie, byłby w stanie porzucić wiarę przodków i przejść na inną?”.
Pismo było niewyraźne, ale notatki intrygowały mnie, więc mimo trudu brnąłem przez nie jak pług przez jesienne pole, podążając śladami myśli bardziej niż tropem znaczenia słów na papierze. Czytałem dalej: „Rzekomo poświęcił się krzewieniu nowej wiary, ale czyż nie był przy tym bardziej zainteresowany rozpowszechnianiem starej?”. Wstrząsnęło mną do głębi, kiedy natrafiłem na miejsce, gdzie autor zadaje retoryczne pytanie o znaczeniu symbolu krzyża, tego narzędzia tortur dla ideologii chrześcijaństwa. Inny zapis spowodował następny szok: „Być może za sprawą gorliwości pierwszych misjonarzy, wiara, która miała uczyć ludzi, jak żyć ze sobą w zgodzie, przemieniła się w krwawy kult, gdzie szacunek dla innych został zastąpiony krzyżem, tolerancja dogmatem a dobroczynność strachem przed Sądem Ostatecznym”. Biegając oczami po zapisanych liniach, natknąłem się na wspomnienie o Piotrze, którego Nauczyciel mianował swoim następcą. „Paweł mianował się sam”, skomentował autor krótko.
Przeleciałem parę stron do przodu szukając czegoś, sam nie wiedząc czego. Następne znajome imię, Łukasz. Wernychowicz szkicuje go jako łagodnego, inteligentnego i oczytanego Macedończyka. Jak podawały niektóre źródła, miał usposobienie artystyczne, potrafił dobrze pisać, miał zdolności malarskie i medyczne wykształcenie. Inne źródła mówiły, że to on zapoczątkował sztukę malowania ikon. Jak i kiedy Paweł go spotkał, żeby uczynić go towarzyszem pielgrzymek misyjnych, tego nie wiadomo. Być może byli razem w Rzymie po śmierci Piotra, domyślał się autor notatek i być może tam Łukasz napisał swoją Ewangelię. Jego wersja, ze wszystkich czterech kanonicznych Ewangelii jest uznana jako najbliższa ducha oryginalnej Nauki; ta największą wagę przywiązuje do przebaczania, brania strony upośledzonych i szacunku dla innych bez względu na pochodzenie, płeć, zamożność czy status społeczny. To od niego słyszymy przypowieść o dobrym Samarytaninie albo o Łazarzu i zamożnym człowieku, w których wynosi biednych i opuszczonych do rangi najbardziej uprzywilejowanych. Tylko Łukasz przytacza przypowieść o synu marnotrawnym czy historię o upadłej kobiecie, która łzami myje stopy Zbawiciela. Wernychowicz domniemywał, że Łukasz był niewolnikiem, który znalazł się na służbie u Pawła. Jeśli tak było, spekulował, to zakładając, że Łukasz był oświeconym człowiekiem ze skłonnościami do sztuki, logiczne wydawałoby się, że poszukiwał prawdy i że starałby się w jakiś sposób to wyrazić. Były to jedynie domniemania autora, ale miałem wrażenie, że Wernychowicz przypisywał Łukaszowi szczególne miejsce wśród ewangelistów i postrzegał go jako ważną postać w innym znaczeniu – w jakim, notatnik jak dotąd nie dawał odpowiedzi.
Odnalazłem też fragment, na który poprzednio natknąłem się u pani Natalii, gdzie Wernychowicz zanotował kilka imion jedno za drugim: Abraham, Mojżesz, Zaratustra, Budda, Chrystus, Mahomet. Nie rozbudowuje tego ani nie wyjaśnia, dodając tylko poniżej pojedyncze, luźne spostrzeżenia jak: „Jedno bóstwo, wielu proroków”, „jedna rzeka, wiele źródeł”, „jedno morze, wiele rzek”. [...] (Rozdzial 9,  s.162-164)



@     @     @



[...] Pociągnąłem go za język i Gawryło wspomniał historię, która omalże nie miała tragicznego zakończenia.
 — Narąbany jak szpak szedł w nocy z zabawy — opowiadał Gawryło. — Na skróty ciął przez podwórko Dołbnia, na pamięć, po omacku, z rękami rozcapierzonymi, o tak. — Gawryło zaimprowizował małą pantomimę. — Jak tak szedł, to na przeszkodę natrafił, rozumiecie. Płot, pomyślał i dawaj go przełazić. Przesadził jedną nogę, potem drugą, a potem hyc w dół, prosto do studni.
Ogólna wesołość przerwała opowiadanie, po czym Gawryło ciągnął dalej.
 — Potem mordę zaczął drzeć, żeby go ratować. Stary Dołbeń wyleciał w kalesonach z domu i lata po podwórku jak kura z uciętą głową, bo nie wie skąd wołają. Wreszcie do studni podchodzi. „To ty, Chwalko?” woła. „A co ty tam, skurwysynu, robisz? I co moje krowy teraz będą pić?”
Otarłszy łzy cieknące po policzkach od śmiechu, rozejrzałem po sali: po mojej dziewczynie ani śladu. Zawaliłem sprawę, pomyślałem, teraz to się mogę ugryźć. Kiedy już prawie dałem za wygraną, nagle dostrzegłem ją przy wejściu, wracającą do środka. Dałem jej przejść przez salę i usiąść na ławce przy ścianie, po czym ruszyłem w jej stronę, nie spuszczając jej z oczu ani na chwilę. Dostrzegła mnie w połowie drogi ale szybko odwróciła głowę udając, że mnie nie widzi.
 — Być może — rzuciła chłodno na moje zaproszenie do tańca, wstając mimo wszystko.
Przez chwile tańczyliśmy nie rozmawiając. Ona patrzyła ponad moim ramieniem twardo przed siebie z kamienną twarzą. Z manekinem równie dobrze mógłbym tańczyć. Dla rozluźnienia sytuacji wetknąłem moją gębę, z uśmiechem od uch do ucha, w jej pole widzenia.
 — Nie zgrywaj się, dobrze? —  ucięła, że aż chłód mi po kościach przeszedł.
 — To gdzie ten twój ryży towarzysz? —  spytałem.
 — Nie twoja sprawa. Pewnie siedzi ze swoimi kolesiami tak jak ty ze swoimi.
Lody puściły dopiero przy drugim tańcu. Kiedy orkiestra zrobiła przerwę, zaproponowałem spacer na świeżym powietrzu. Moja partnerka odparła niepewnie, że może nie, bo ślisko, więc nie naciskałem, na co ona, po następnej chwili wahania, zmieniła zdanie. Kobiety – pomyślałem podnosząc oczy w górę. Wyszedłszy na drogę skierowaliśmy się w stronę Mirowa, idąc wolno ramię przy ramieniu. Na moje pytanie czy nie boi się sama z nieznajomym w nocy spacerować, Basia odparła, że nie z takimi jak ja potrafiłaby sobie poradzić. Spytałem wtedy, jaki styl najbardziej lubi, na co ona ostrzegła żebym nie był obcesowy.
— Miałem na myśli styl samoobrony — odparłem.
Potem opowiadałem jej o robocie w lesie i charakterach, z którymi przyszło mi pracować. Pochwaliłem się, że mieszkam z poetą, na co ona zachichotała ku mojemu zaskoczeniu.
— Co w tym takiego śmiesznego? — spytałem
— A nic, nic.  To nieźle się dobraliście — odparła.
— Czemu?
— Bo z ciebie też niezły artysta — odpaliła, dostając napadu chichotek.
Stąpając wolno i ostrożnie po zamarzniętym śniegu opuściliśmy ostatnie zabudowania wsi. Tematy jakby się nam wyczerpały; oboje spoważnieliśmy i zamilkli. Czułem, jak mi dreszcz przebiega po skórze i serce wali jak siekiera po pniu twardego buka. Kiedy zbliżaliśmy się do przydrożnego krzyża, spojrzałem w niebo ukradkiem. Czy to teraz, spytałem? Słysząc własne tętnienie krwi w uszach, odnalazłem ciepłą, gotową na dotyk rękę tuż obok mnie. Stanęliśmy.
 — No, i co teraz? —  wyszeptałem.
 — Nie wiem —  usłyszałem wyczekujący głos.
Objąłem ją i przyciągnąłem do siebie. Staliśmy przez chwile hipnotyzując się własnymi spojrzeniami, po czym pocałowałem ją w zmarznięte wargi. Przedziwne zdawało mi się to wszystko. Przed chwilą szliśmy rozmawiając jak dwoje cywilizowanych ludzi, by nagle porzucić formy i konwenanse, wpaść sobie w ramiona i złączyć się ustami zgodnie z jakimś pradawnym prymitywnym rytuałem. 
 — No, i co my teraz zrobimy? — spytałem śmiejąc się, kiedy nasze głowy wreszcie odsunęły się od siebie.
 — A co byś chciał? — spytała.
 — Wszystko.
 — Tutaj?
 — A co w tym złego? Zimna się boisz? Ja cię ogrzeję.
 — Może zostawimy to na inną okazję.
 — A będzie inna okazja?
 — To od ciebie zależy.
 — Od ciebie też.
 — Tak —  wyszeptała.
Czas znowu płynął nie dotykając nas, ponad drogą, drzewami, krzyżem i Otławą w dole. Rozpłynęliśmy się i pomieszali ze sobą i nie wiedziałem, gdzie się zaczynam i gdzie kończę.
Potem szliśmy z powrotem, najpierw obejmując się w pół, a potem, kiedy zbliżaliśmy się do remizy, trzymając się już tylko za ręce. Byliśmy niedaleko od budynku, jeszcze w mrocznym nieoświetlonym obszarze, kiedy ktoś trącił mnie ramieniem, że aż poleciałem na moją towarzyszkę.
 — Ej ty, uważaj —  powiedziałem, oglądając się.
 — Na co? —  spytał rudzielec zbliżając się do mnie. — A w mordę chcesz zarobić? —  spytał bez owijania w bawełnę.
 — A ty chcesz? —  usłyszałem głos Gienka w mroku.
 — Ty się do tego nie wtrącaj.  Na ciebie przyjdzie czas — rzucił ryży ostrzegawczo.
 — A ja bym wolał teraz.
 — No to chodź — zachęcił tamten.
Widziałem, jak Teresa starała się trzymać Gienka za rękaw i odciągnąć go, ale było za późno. 
 — To co będzie? — Gienek zrobił parę kroków i stanął przed przeciwnikiem z założonymi rękami, patrząc mu w oczy ze spokojem.
 — Gówno będzie, mordę ci skuję, ty przybłędo i tyle — warknął tamten.
 — Spróbuj.
 — A co, myślisz, że się będę bał? — zawołał ryży robiąc gwałtownie krok do przodu i popychając Gienka.
Przynajmniej nie jest tchórzem, pomyślałem.
Gienek zatoczył się, ale nie przewrócił, przyjął tylko pozycję bokserską, przygotowany do walki. 
 — A no to chodź jeszcze raz — powiedział zachęcająco, tańcząc lekko na nogach z pięściami uniesionymi do góry.
Tamten siarczyście zamiótł prawą a potem lewą, ale choć miał długie ręce, nie sięgnął Gienka, który uniknął ciosów, balansując zwinnie jak doświadczony bokser. Nagle, wyczuwszy właściwy moment, doskoczył i wymierzył oponentowi cios prosto w twarz, puszczając mu krew z nosa. Tamten, rozjuszony, ruszył z huraganowym bezmyślnym atakiem. Gienek uniknął wściekłej młocki manewrując ciałem, kilka razy tylko zadając szybkie, celnie wymierzone ciosy z doskoku, wykorzystując nieuważne otwarcia przeciwnika. Szkoda mi się już nawet tamtego robiło widząc, jak jego ślepa wściekłość stopniowo zmienia się w rozpacz. Krzyczał coś, niby buńczucznie, co brzmiało bardziej jak płacz niż okrzyk wojenny. Krew mu ciekła po twarzy małymi strumykami, które odznaczały się wyraźnie na pobladłej twarzy.
I wtedy właśnie poczułem, jak ogarnia mnie ciemność roziskrzona gwiazdami. Znalazłem się na ziemi, na zimnym śniegu, instynktownie zasłaniając głowę. Wśród szumu w uszach usłyszałem wściekły krzyk wybiegającego z remizy Radka.
 — Co tu się dzieje? Kto to zrobił? — wrzasnął i bez dalszych pytań zajadłym pchnięciem powalił na ziemię jednego z dryblasów stojących obok mnie. Potem wpadł na niego, złapał za włosy jedną ręką a drugą miał już wymierzać sprawiedliwość, kiedy ktoś go pchnął. Dwóch czy trzech się zebrało dookoła niego z butami gotowymi do kopniaków i nie wiadomo, czym by się to skończyło, gdyby Mietek nie przyszedł nam na odsiecz, a za nim Stach. Nastąpiła ogólna szamotanina, w której trudno było rozróżnić, kto jest przeciwnikiem a kto sprzymierzonym. Dwie czy trzy pary walczących zataczały się jak niedźwiedzie, szarpiąc ubrania i wymieniając niezdarne uderzenia. Ktoś wlókł się na czworaka w stronę remizy i ewidentnie nie mógł się podnieść. Dwóch innych walczyło z wprawą jak Gienek z rudzielcem kilka minut przedtem – jeden z nich okazał się Gienkiem we własnej osobie. Obserwowałem bijatykę z bezpiecznej odległości dochodząc do siebie po oszołomieniu. Już miałem się podnieść i ruszyć do boju, gdy poczułem, że ktoś trzyma mnie za kołnierz.
— Co za cholera znowu — krzyknąłem rozdrażniony, zamierzając się ręką na chybił trafił, w ostatnim momencie rozpoznając moją partnerkę. — Basia, no co ty, muszę chłopakom pomóc.
Nagle ktoś z obserwujących krzyknął, że jedzie milicja i większość walczących rozpierzchła się w mrok poza zasięg świateł remizy. Na oświetlonym placu pozostał tylko Mietek, który siedział na swoim przeciwniku, okładając go pięściami.
 — Ile razy mam ci, skurwysynu, mówić, żebyś w drogę nie właził — wykrzykiwał w zapamiętaniu w rytm uderzeń.
Tamten rozpaczliwie zasłaniał się rękami, nawet nie próbując stawiać oporu.
— Daj spokój, Mietek, wystarczy — krzyczałem, próbując go powstrzymać.
— Zostaw! Puść! Zabiję sukinsyna! — wołał Mietek, nie dając się ściągnąć ze swojej ofiary. Dopiero kiedy Gienek przyszedł z pomocą, udało nam się oszczędzić leżącego, którym okazał się nie kto inny, tylko eks-zomowiec, który mnie zaczepił na dyskotece.[...] (Rozdzial 9,  s. 170-175) 



@     @     @



[...] Gienek wyszedł na spotkanie i rozmowa toczyła się albo w przedpokoju albo na ganku na zewnątrz, bo przez parę minut w pokoju obok było cicho. Potem ktoś wszedł. Słyszałem szuranie butów i skrzypienie drzwi. Potem znowu cisza. Cichutko, powoli otworzyłem drzwi. Było ciemno i nikogo nie mogłem dojrzeć.
— Gienek, jesteś tam? — zawołałem żeby się upewnić. Odpowiedziała mi cisza.
Czas mijał wolno leżąc mi ciężko na sumieniu, które podpowiadało, że powinienem coś zrobić, iść na ratunek Gienkowi albo zawiadomić kogoś: milicję, leśniczego albo chociażby Teresę. Rozsądek jednak doradzał, że żadna z możliwości  nie była tym, czego wymagała chwila. Siedziałem więc bezradnie wsłuchując się w odgłosy z zewnątrz, czekając na jakiś znak, że Gienek wraca żywy i zdrowy. Nagle usłyszałem huk daleko w lesie, brzmiący trochę jak chlaśnięcie batem. Jedno, drugie, trzecie; potem jeszcze dwa czy trzy strzały.  Czasami słyszało się podobne odgłosy nocą; mówili wtedy, że to kłusownicy grasują. Miałem nadzieję, że to rzeczywiście ktoś nielegalnie polował w lesie, ale przeczucie podpowiadało mi, że było to coś innego, coś bardziej złowieszczego.
Nie wiem, ile czasu minęło, mogła być godzina a mogły być dwie, kiedy usłyszałem kroki w pokoju Gienka. Uchyliłem drzwi. Gienek chodził niespokojnie po pokoju szukając czegoś przy zapalonym świetle. Miał zakrwawioną dłoń i zmierzwione włosy. Zimna determinacja spozierała mu złowieszczo z oczu, mrożąc mnie do szpiku kości.
— Wszystko w porządku? —  spytałem drżącym głosem.
— Tak. Lepiej idź spać — odparł szukając czegoś w szafie i pod łóżkiem.
— Co się stało?
Rzucił mi spojrzenie, od którego ciarki przeszły mi po skórze. — Lepiej dla ciebie będzie, jak nie będziesz za dużo pytał. Rozumiesz?
— Rozumiem. Może ci w czymś pomogę? — zaproponowałem.
— Dam sobie radę. Albo poczekaj — dodał po chwili. — Masz klucze do szopy?
— Mam. — Przyniosłem mu klucze, które wziął bez słowa i wyszedł.
Wkrótce potem zaczął padać śnieg gęstymi, grubymi płatami i padał ciągle, kiedy obudziłem się rano. Spotkaliśmy Gienka w drodze do roboty przy stacji wodnej. Przyłączył się do nas i ruszyliśmy dalej nie zadając żadnych pytań, tak jakby tam właśnie miał na nas czekać. 
Tego samego dnia po pracy Gienek zatrzymał mnie, mówiąc że musimy pogadać. Nogi się ugięły pode mną na myśl o tym, co mógł mieć ze mną do obgadania. Zreflektowałem się potem, że gdyby chciał usunąć świadka, to robienie tego prawie na oczach innych nie miało sensu. Przy hydroforni zboczyliśmy  w lewo.
— Słuchaj, student. Nie wiem, co ty wiesz o tym, co się stało ostatniej nocy.
— Nic nie wiem. Tyle tylko że ktoś do ciebie przyszedł. Potem wyszliście, a potem wróciłeś sam.
— Lepiej żebyś o tym wszystkim zapomniał. Po prostu spałeś. W porządku?
— W porządku.
Siedzieliśmy przez chwilę na pniakach nie mówiąc ani słowa. Gienek ważył coś w myśli i nad czymś się zastanawiał.
— Słuchaj, student, chciałem, żebyś mi pomógł.
— Coś ze szpadlem i kopaniem w ziemi? —  spytałem.
— Włos ci z głowy nie spadnie, dokąd tylko ja i ty będziemy o tym wiedzieli — odparł jakby nie słysząc mojej ironii.
Potem nastąpiła historia, do jakich bardziej byłem przywykły w filmach i książkach niż w rzeczywistości. Nieustabilizowany tryb życia Gienka i jego ciemne interesy, o których miałem ledwie pojecie, były małym piwem w porównaniu z tym, w co był wplątany tym razem. Gdzieś na początku poprzedniego lata, robiąc interesy na bazarze w Warszawie, poznał pewnego typa. Facet zdawał się nieco zastraszony, mówił mieszaniną polskiego i rosyjskiego, i powiedział, że ma coś specjalnego do opchnięcia, coś co, jak mówił, może się okazać warte fortuny. Sam chciał się tego pozbyć, bo wyznał, że potrzebuje szybkiej gotówki. O tym, że mu towar parzy ręce nie wspominał, ale Gienek zrozumiał to w lot. Propozycja była zbyt interesująca, żeby ją odrzucić. Spotkali się jeszcze raz tego samego dnia w ZOO, gdzie zmieszawszy się ze zwiedzającymi można było sprawę spokojnie obgadać bez wzbudzania podejrzeń. Mężczyzna miał pakunek w reklamówce pod pachą. Kiedy go rozwinął, ich oczom ukazał się niepozornie wyglądający obraz, bez ram, namalowany na drewnianej płytce. Trudno było określić wiek obrazu, ale zrobił on na Gienku wrażenie bardzo starego. Wizerunek przedstawiał Matkę Boską z dzieciątkiem na ręku. Gienek instynktownie wyczuł, że ma do czynienia z czymś, co przedstawia niebagatelną wartość. Kupił obraz za trzysta amerykańskich dolarów, które stargował z pięciuset. Faceta więcej nie spotkał, tylko po pewnym czasie zauważył, że był śledzony – przez kogo, nie miał pojęcia. Wytropili go w domu. Podczas gdy tamci stukali do drzwi wołając natarczywie, że są z gazowni, Gienek wyskoczył oknem z ikoną pod koszulą – kamienica nie była podłączona do gazu. Przemieszkał parę nocy w hotelu zastanawiając się, co dalej robić. Zaufany kumpel, któremu zwierzył się szukając pomocy, doradził jechać na jakiś czas na południe, gdzie jego szwagier pracował kiedyś w straży granicznej.
Gienek nie wykluczał, że sprawa mogła być ukartowana jeszcze zanim spotkał faceta na bazarze i że mogła mieć z tym coś wspólnego rosyjska mafia. Podejrzewał jednak, że najprawdopodobniej ci dwaj z poprzedniej nocy działali niezależnie. Kiedy spytałem, skąd jest taki pewien, odparł, że jeden z nich był kumplem, który mu wyjazd doradził, a drugi to Rosjanin czy Ukrainiec, od którego kupił ikonę.
— Zwąchali się, sukinsyny — wycedził Gienek przez zaciśnięte zęby. — Więcej już nikomu głowy nie będą zawracać. Ty się niczego nie musisz bać —  zapewnił mnie. — Nic nie wiesz, jakby co, a ja na wszelki wypadek będę spał teraz przez jakiś czas w baraku.
Nie brzmiało to zupełnie przekonująco, ale co mogłem zrobić: dostałem ofertę nie do odrzucenia. Natychmiastowy wyjazd czyli ucieczka, mogłaby mi tylko przysporzyć więcej kłopotów. Musiałem przy tym przyznać, że intryga w niewiarygodny sposób zahaczała o moją własną misję i perspektywa ujrzenia tajemniczego wizerunku stanowiła nieodpartą pokusę. 
— To co się stało z tą ikoną? —  spytałem.
— A właśnie, zapomniałem o najważniejszym. — Gienek rozejrzał się dookoła konspiracyjnie. — Ona jest tutaj, schowana. Gdyby coś mi się przydarzyło, to chciałbym, żeby ktoś jeszcze wiedział, gdzie jest. Teresy nie chcę w to wciągać, a ty i tak już jesteś wmieszany. Znam cię, student i wiem, że mogę na tobie polegać. Co ty na to?
Po chwili wahania przystałem i Gienek zdradził mi miejsce ukrycia ikony.
— Toż myśmy tam szperali na Zaduszki z Józkiem! — wykrzyknąłem. — To tyś nas tak wystraszył?
— A co miałem robić. Trzeba było jakoś was odgonić — odrzekł Gienek, uśmiechając się na wspomnienie naszej panicznej ucieczki. — Aleście rwali!

W sobotę po południu, szliśmy znajomą drogą na Krzyżową Górę. Kiedy znaleźliśmy się na szczycie, Gienek poprowadził mnie w lewo między drzewami do brzegu stromizny. Szliśmy wolno wzdłuż krawędzi, aż wreszcie stanęliśmy w miejscu, gdzie ściana zwietrzałego fliszu opadała nieco łagodniej, a odległość w dół do początku stożka usypiskowego miała zaledwie kilka metrów. Zeszliśmy ostrożnie, Gienek pierwszy a ja za nim, po czym szliśmy wolno z powrotem na południe, obserwując wzrastającą po naszej lewej stronie ścianę skalną. Gienek zatrzymał się przy jednym z głazów, przyklęknął i zgarnął śnieg z płaskiej powierzchni bryły fliszu, oderwanej kiedyś od urwiska. Następnie dźwignął jedną stronę płyty odsłaniając plastikowy worek w niewielkim zagłębieniu i dał mi znak głową, żebym mu pomógł.
Położywszy głaz z powrotem na miejsce Gienek wziął ode mnie worek. Potem rozwiązał sznurek i wyciągnął okrągłą metalową kapsułę, podobną do tych, jakich używa się do przechowywania taśm filmowych i wyjął zawinięty w gałgany prostokątny przedmiot. Kiedy wreszcie opadła ostatnia zasłona, moim oczom ukazała się ciemnobrązowa tabliczka z twardego drewna wielkości około dwadzieścia na trzydzieści centymetrów. Ująłem ją delikatnie w dłonie. Przeważające brąz i czerń miały chyba więcej wspólnego z wiekiem drewna niż z oryginalnymi kolorami. Żółtawe łaty na obrzeżach sugerowały barwę tła. Mimo wyblakłych, zatartych zarysów nie można było się jednak pomylić co do znajomej mi treści wizerunku. Głowa Zbawiciela w ujmujący sposób przytulała się do policzka matki, ręce dzieciątka obejmowały ją za szyję, a oczy wznosiły się w górę i szukały jej spojrzenia. Oczy Madonny spozierały w dal i wyrażały smutek. Lewą dłonią osłaniała dziecko, podtrzymywane na prawym przedramieniu.
Nie mogłem oderwać oczu od obrazu i przekręcałem go w rożne strony, wykorzystując światło słońca chylącego się ku zachodowi, by wychwycić i zarejestrować w pamięci jak najwięcej detali. 
— No i co? — Gienek wreszcie wyrwał mnie z hipnotycznego odrętwienia.
— Nie wiem, Gienek. Pojęcia nie mam – powiedziałem, kręcąc głową z niedowierzaniem.
— Co nie masz pojęcia. Gruba forsa tu leży. Też coś z tego będziesz miał jak pomożesz.
— Hm... tak — przytaknąłem, ledwie rozumiejąc, co powiedział.
Dwa dni później z samego rana obudził mnie hałas kroków w pokoju Gienka. Co do diabla, pomyślałem. Znowu obława na Gienka? Nie pomyliłem się, tylko tym razem była to milicja. Wyszedłem do dużego pokoju i kiedy wszystko ucichło, wyjrzałem za okno. Zobaczyłem, jak Gienek znikał we wnętrzu furgonetki, eskortowany przez dwóch mundurowych. Potem radiowóz odjechał. [...]  (Rozdział 10, s. 180-185)



@     @     @



[...] Poprawiny odbywały się w domu pana młodego w Smolarach. Uroczystość była bez orkiestry i w znacznie mniejszym gronie, ale ze stołem zastawionym nie gorzej niż na weselu poprzedniego wieczora. Zaraz na początku przyjęcia wpadliśmy z Basią na pomysł wycieczki, bo perspektywa siedzenia wśród wujków i ciotek przez następne parę godzin nie podniecała nas. Wybór padł na kino w Bystrej i udało nam się namówić Irka ojca, by nas podrzucił na pociąg do Odłogów. Wracać mieliśmy wieczornym pociągiem, pokonując drogę z Odłogów piechotą.
— Tylko mi ją całą i zdrową przywieź z powrotem — przypomniał mi wujek Basi, wysadzając nas na dworcu. — I zadowoloną — dodał mrugając okiem w moją stronę. 
— Nie ma sprawy, panie Kowalczyk. Na mnie może pan liczyć — odparłem dziarsko.
W czasie podroży kolebiącym z wolna pociągiem doszliśmy do wniosku, że tak naprawdę żadne z nas nie miało ochoty na kino. Postanowiliśmy więc wysiąść w Kamiennej, wstąpić gdzieś na kawę i wrócić piechotą przez Przesmyki i Mirów. Okazało się, że w Kamiennej wszystko było pozamykane, łącznie z restauracją, w której poprzedniej nocy odbywało się wesele.
 — Ot i nici z rozrywek. Zostały nam tylko przygody — powiedziałem rozkładając bezradnie ręce. Nie zmartwiło to mojej dziewczyny. Ten typ już tak ma – pomyślałem, wspomniawszy wyprawę na cmentarz poprzedniej nocy. Ja też nie czułem zawodu: byliśmy sami i to się najbardziej liczyło.
Ruszyliśmy szybkim marszem, skręcając przy kościele w dobrze znaną mi już drogę. Zmierzch zapadał na dobre, kiedy zeszliśmy w dół do Przesmyków i zaczęliśmy monotonny marsz drogą wzdłuż Oławy. Cicho było i niesamowicie jak w grobie, jak zawsze w lesie po zmierzchu. Oczy stopniowo przyzwyczaiły się do ciemności, zadziwiająco łatwo radząc sobie z rozróżnianiem zarysów kształtów. Plusk rzeki zacierał złowróżbność czyhającego pomiędzy listowiem mroku.
— Co ty się uwziąłeś, żeby mnie po takich miejscach nocą prowadzić? — spytała Basia, stąpając tuż za mną po podkładach kolejki, trzymając mnie za rękę. — Jak chcesz mnie odstraszyć, to mi powiedz, to sobie pójdę.
Dłoń jej mocniej ścisnąłem – za odpowiedź.
— Auć, to tak mnie teraz traktujesz. Szybko się zmieniamy, oj szybko. Przedtem byłeś bardziej czuły.
Kiedy byliśmy niedaleko Mirowa, przystanęliśmy na chwilę na moście, by odpocząć. Trzymałem Basię przed sobą, sam wsparty plecami o balustradę. Staliśmy wsłuchani w chlupot wody kilka metrów pod nami i wpatrzeni w mroczną ścianę lasu. Powietrze, które wdychałem z zapachem jej włosów, działało na mnie jak narkotyk.
— Hej — odezwała się, bez odwracania głowy w moją stronę. — Co tam masz w kieszeni? Coś twardego czuję.
— Już ty dobrze wiesz co.
— Co chcesz z tym zrobić?
— Już ty dobrze wiesz co —  powtórzyłem.
— Tutaj.
— Hm.
— Za zimno.
Odwróciłem ją do siebie i pocałowałem mocno.
Mijając Mirów, postanowiliśmy wstąpić do baraku na herbatę. Radek wyłonił się ze swojej nory, przywitał się z nami i postał chwilę paląc papierosa. Potem zniknął zostawiając nas znowu samych. Objąłem Basię i skierowałem jej kroki w stronę mojego pokoju.
— Nie tutaj —  wyszeptała.
— Przecież nikt nam nie będzie przeszkadzał — zapewniłem ją szeptem do ucha.
— Nie, nie chcę. Twój kolega jest obok.
Poczułem się zawiedziony, zdając sobie bezradnie sprawę, że zawód psuł mi humor w zastraszającym tempie. Taka okazja może się prędko nie powtórzyć, myślałem z goryczą. 
— To co robimy? —  spytałem z nosem spuszczonym na kwintę.
— No nie martw się, misiu. Jeszcze na pewno będziemy mieli okazję. Tutaj nie czułabym się bezpiecznie. Znają mnie tu. Wiesz jak to jest. Potem ciotka się dowie i kłopot gotowy.
Przemówiło to do mnie trochę, ale nie przywróciło całkiem do życia. 
— To co, będziemy chyba już szli? — spytałem, starając się nie brzmieć posępnie.  — Chyba odprowadzę cię teraz do domu, co?
— No, pewnie tak —  odrzekła patrząc mi w oczy przepraszająco, biorąc mnie za rękę.
Wyszliśmy z baraku.
— Pamiętasz to miejsce, które chciałeś mi pokazać tydzień temu? —  spytała, kiedy byliśmy już na drodze.
— Które?
— No, tę stację wodną, hydrofornię, czy coś w tym rodzaju tam dalej przy potoku. Może byśmy tam się przeszli zanim mnie odprowadzisz?
— Tam? Ale to daleko. Chce ci się wlec w ciemności po krza... po krzakach? — Nagle do mnie dotarło. — Ale, jasna sprawa! Chcesz zobaczyć? Nie ma lepszej pory niż teraz.
Wpadłem jak burza do pokoju, żeby złapać klucze, potem wziąłem ją za rękę i ruszyliśmy. Miałem wrażenie, że moje stopy nie dotykają ziemi, kiedy szliśmy w mroku roziskrzonym gwiazdami i światłem księżyca. W duszy dziękowałem opatrzności, że leśniczy powierzył mi pieczę nad szopą.
— My idziemy tam tylko zobaczyć stację i to wszystko? — spytała Basia upewniając się.
— No masz! No pewnie że tak. A co byś jeszcze chciała? — Oboje zachichotaliśmy.
 Skręciliśmy wreszcie w prawo, by zejść w dół do kładki i przejść na drugą stronę potoku. Parę minut później, po krótkiej szamotaninie z kłódkami, przeszliśmy przez metalową furtkę i znaleźliśmy się bezpiecznie w szopie. Było ciemno i dopiero po dłuższej chwili, dzięki wątłemu światłu sączącemu się przez szpary pomiędzy deskami, mogłem rozeznać zarysy mojej towarzyszki.
— No i co teraz? — spytałem trzymając ją mocno, przypartą do ściany.
— Co chcesz.
— Naprawdę?
— Nie pytaj, bo się rozmyślę.
Po długim głębokim pocałunku pociągnąłem ją na podłogę z desek. Całując i pieszcząc, zmagałem się pospiesznie i nieporadnie z częściami jej garderoby.
— Powoli, spokojnie, porwiesz mi wszystko — usłyszałem szept tuż przy moim uchu. — Nigdzie nam się nie spieszy.
Z wdzięcznością przyjąłem pomoc, czując pod sobą ruchy przywodzące mi na myśl poruszanie się węża zmieniającego skórę. 
— Niech zostanie — wymamrotała, kiedy próbowałem zsunąć jej przez głowę podwinięty nad piersiami sweter.
— Zimno — wyszeptała znowu po chwili.
— Co?
— W pupę mi zimno.
Ręką wyszukałem leżącą obok kurtkę, którą pospiesznie wsunąłem, chwytając kątem oka jasny zarys jej wypiętych w łuk bioder, uwieńczony ciemną kępką włosów.
— Teraz lepiej?
— Hm. Bądź ostrożny i delikatny, proszę — wyszeptała prawie parząc mi ucho oddechem.
— To twój pierwszy raz? —  spytałem.
— Nie, sto tysięcy razy już to robiłam — zachichotaliśmy jednocześnie.
Kochaliśmy się jak para leśnych zwierząt odprawiających w zapamiętaniu odwieczny rytuał, w którym prawa natury są jedynym nakazem i przewodnikiem. Byliśmy jak dwa niezależne elementy, które zespoliły się, by osiągnąć pełnię i stanąć przez ulotny moment twarzą w twarz ze Stwórcą. Tych kilka chwil pierwszego cielesnego zaspokojenia było dla nas obojga zarówno głębokim doznaniem zmysłowym jak i duchowym: był to dowód i symbol zarazem połączenia dwóch strumieni, które od tej pory stały się jednym.
Leżąc później i czując ciepło jej ciała, nie miałem wyrzutów sumienia czy moralnych skrupułów, których oczekiwałem. Przemknęło mi przez myśl, że jeżeli seks ma w ogóle jakiś sens poza rozmnażaniem, to tylko z kimś, z kim chce się zostać na zawsze. Wtedy nie ma znaczenia, czy robi się to w majestacie prawa i pełnym komforcie, czy po kryjomu na chłodnej twardej podłodze. [...] (Rozdzial 10, s. 196-200)



@     @     @



[...] Przeciąwszy szosę, pokonaliśmy kilometrowy odcinek drogi dojazdowej do Odłogów i przeparadowaliśmy przed szpalerem ponurych bloków mieszkaniowych. Minęliśmy przystanek PKS na końcu osady i przeszliśmy przez tory przy stacji kolejowej, skąd niedawno wsiadałem do pociągu z Basią. Restauracja „Pod Sosną” usytuowana była nieopodal budynku stacji.
 — Dwa duże piwa na początek, proszę pani, zanim się zastanowimy, co wziąć do jedzenia — rzekł Radek do kelnerki, kiedy zasiedliśmy przy jednym ze stolików przykrytych ceratowym obrusem w kratę, w mrocznej, obskurnej sali przepełnionej dymem i gwarem rozmów. Wiara ciągnęła w sobotnie popołudnie do wodopoju; do miodu muchy leciały z całych Odłogów i spoza. Jak świat światem, wszędzie to samo, może tylko dekoracje i trunki inne.
 — No, teraz to się można rozmnażać — rozmarzył się. — Teraz ziemia miodem i mlekiem płynie, jeśli o mnie chodzi. A jak se jeszcze fajkę zakurzę — mówił przypalając papierosa — to już całkiem fest będzie, po drodze do nieba, że tak powiem.
Wzięliśmy po grochówce, a na drugie schabowego z ziemniakami i kapustą kiszoną, do tego dwie setki „Zbożowej”.
 — Abyśmy drogi do domu nie zgubili! — Radek wzniósł toast.
 — Abyśmy.
Drugie dwie setki zamówiliśmy zaraz po pierwszej rundzie. Potem zjawiła się nasza grochówka. Gorąca była i pieprzna jak trzeba. Mój system potrzebował czegoś takiego.
 — O, nasz pociąg podjeżdża — powiedziałem obserwując przez okno krótki skład wagonów, zatrzymujący się i ruszający po chwili w stronę Kamiennej.
 — Chcesz to leć i go zatrzymaj. Tylko się dobrze nogami zaprzyj. Lepiej napijem się bo stygnie — zaproponował Radek podrabiając gwarę Gawryły. — Za zdrowie tej twojej, jak jej tam...
 — Basia.
 — Za zdrowie Basi. Niech się...
 — Pitrasi —  podrzuciłem.
 — Kiełbasi —  zaoferował.
 — E tam, moje lepiej brzmi.
 — A, jak by tam nie było. Jej zdrowie! Dobrą robotę dziewczyna robi, ratując takiego jednego od zatraty.
 Ja wypiłem tylko połowę tym razem, Radek całość.
 — To mi maliną śmierdzi — powiedział wskazując na mój kieliszek.
 — Na schabowy czekam. Tak na pusto to nie za dobrze. Prędko wysiadkę bym zrobił — odparłem.
Siedzieliśmy kontemplując nasze niepozorne otoczenie będąc w błogim stanie, w jakim mizerna strona życia przestaje uwierać duszę. A dużo byłoby do wybaczania miejscu, w którym się znajdowaliśmy: puste, nie ozdobione ściany z łuszcząca się farbą, stoliki z metalowymi nogami zgrzytające rozpaczliwie po posadzce przy każdym ruchu, długo nie szorowana podłoga  i okna, których prawdziwy stan czystości maskowany był przez firanki. Nie miałem już nawet nic przeciwko moim przemoczonym butom, mokrym nogawkom czy nieuprzejmej kelnerce, dla której byliśmy uprzykrzeniem. Drażniący początkowo gwar i dym papierosowy też stały się częścią pejzażu. Zapadający za oknem zmrok maskował brzydotę topornych bloków i zaniedbanych chałup.
Schabowy wyrwał nas z odrętwienia. Zdawało się, że sam aromat mógł nam wypełnić żołądki. Smak przeszedł wszelkie oczekiwania, co uzmysłowiło mi, jak dawno nie jadłem normalnego, gotowanego obiadu.
Mój towarzysz nie miał wielkiej postury, więc wypity alkohol zrobił swoje i miałem wrażenie, że przeszedł na inny poziom, tak jakby poza orbitę. Raz czy dwa zauważyłem, jak uśmiechał się do siebie, wpatrując się albo w drugi koniec sali albo za okno.
 — To jak ty to wszystko widzisz, Tomek?
 — Masz na myśli pogodę czy sytuację w kraju? — droczyłem się z nim dla zabawy.
 — Wiesz, co mam na myśli,  nie udawaj.
 — No nie bardzo, tak ci szczerze powiem.
 — Życie, młody, o życiu mówię.  Co o tym sądzisz?
 — A, o życiu mówisz. Trzeba było od razu gadać. Rozmawiasz z ekspertem. No, ja myślę, że nie jest źle. Jeśli tak miałoby być zawsze, jak jest w tej chwili, to nie miałbym nic przeciwko temu.
 — Zastanawiałeś się kiedyś, jakie małe i śmieszne są te nasze gówniane kłopoty tutaj, kiedy się na nie patrzy z wyższego miejsca?
 — To znaczy, mówisz, że jak wejdę na wieżę kościoła w Smolarach, to wszystko będzie cacy?
 — Ty normalnie niemożliwy dzisiaj jesteś — zaśmiał się — Ja mam na myśli orbitę, elipsę, skąd ziemię widzisz między innymi gwiazdozbiorami i galaktykami. I wtedy, właśnie wtedy, zdajesz sobie sprawę, jak to wszystko, co się na tej naszej małej planecie dzieje, jest bez znaczenia.
 — Tak, tylko że tu, na tej małej planecie żyje się, a nie tam, na elipsie.
 — Dobrze powiedziane, młody, oj dobrze! Tak, masz rację, tam się nie bywa za często; większość czasu jest się tutaj. Tylko że widzisz, niektórzy za długo tam przesiadują. I w końcu sam nie wiesz, gdzie należysz. Jedna noga tu, druga tam. Tu bijesz się o chleb, tam śmiejesz się w kułak z samego siebie, żeś taki ograniczony prymityw, taki orangutan albo jakaś inna zaprogramowana maszyna. Kiedy tam stąpasz, to jesteś jak skrzypek na dachu: jeden  nieopatrzny ruch i lecisz w dół na łeb na szyję. A weź się zachwiej i w panikę wpadnij, na dni całe wyprowadzi cię to z równowagi, że ledwie pamiętasz swoje imię.
W tyle zostawił mnie Radek ze swoim poetyckim sposobem mówienia, ale że interesująco to brzmiało, więc słuchałem uważnie.
 — Dobrze tym, co w zamkniętej kapsule sobie siedzą — ciągnął dalej. — Ci niewiele widzą i żyją sobie spokojnie. Idą do pracy, żenią się, mnożą się. Życie, jak ojciec i matka, nie ma z nimi większych problemów, ani oni z życiem. Co innego, kiedy po cienkiej linie stąpasz, kiedy raczej w klatce dla ptaków niż w kapsule żyjesz, szarpiesz się i męczysz, widząc przez kraty tę otchłań międzygalaktyczną, dla której trzeba mieć szacunek, jak dla siebie samego. I to się nazywa religijność – nie chodzenie do kościoła co tydzień.
Żeby nie wyjść na całkiem tępego rzuciłem pytanie, które tysiące zadawało przede mną.
 — No to, jakżeś taki mądry — powiedziałem przekornie — to powiedz, jaki jest sens życia?  Po co to wszystko? Po co się człowiek rodzi i męczy tutaj?
Uśmiechnął się figlarnie, przymrużając oczy i wpatrując się we mnie.
 — A gotowy jesteś na odpowiedź?
 — Ja tam na wszystko dzisiaj gotowy jestem.  Podjeżdżaj.
 — Nie ma żadnego celu ani sensu — wyrecytował wolno słowo po słowie, tak jakby się starał, żebym dobrze zapamiętał. — A przynajmniej nikt go nam nie przygotował — dodał po chwili.
 — Jak to, to znaczy, że tylko w łeb sobie palnąć i do widzenia? — spytałem marszcząc nos i robiąc głupią, pytającą minę.
 — Po co zaraz w łeb palnąć — odparł wzruszając ramionami — paluchy do kontaktu możesz włożyć albo na tory pójść. Po prostu żyć i nie szukać czegoś, czego nie ma —  dokończył już bez sarkazmu.
 — Hej hej, zaraz, poczekaj chwileczkę — powiedziałem uchwyciwszy myśl, która gotowa była mi umknąć. — To już w ogóle nie ma znaczenia, czy jesteś dobrym człowiekiem czy złym?
 — Tak naprawdę to nie. Rodzisz się, rób co ci się podoba, a potem cię po prostu nie ma. Nie istniejesz, koniec, kropka.
 — To brzmi dość brutalnie, muszę przyznać i jakoś nieludzko. I nie wiem czy się z tym na sto procent zgadzam — powiedziałem po chwili zastanowienia. — No a co z naszą duszą? Gdzież ona jest? — spytałem skierowując strumień światła w jeszcze odleglejsze otchłanie alchemii.
 — A widziałeś ją kiedy?
 — Takich rzeczy się nie widzi, dobrze o tym wiesz.
 — Księgi wielkie na ten temat pisali, Tomek. My już może lepiej zrobimy nie wtykając nosa w te naukowo-religijne rozważania. A to ci tylko powiem — tu Radek stracił wątek na chwilę. — ty miałeś coś do czynienia z naukami o ziemi, tak? — ocknął się po chwili z olśnieniem na twarzy.
Skinąłem głową.
 — Wyobraź sobie płynący potok lawy. Powstają na nim bańki tu i tam, wypełnione gazami. Rośnie taka bańka w potoku lawy, płynie sobie, płynie, aż wreszcie pęka, kiedy jej czas dojdzie, a to co było w środku, ten gaz, ulatnia się i miesza z otoczeniem...
 — No i co dalej? —  spytałem niezaspokojony.
 — Nic dalej — żachnął się. — A co ma być? Nie pojmujesz? To tak samo z nami i naszą duszą. Inaczej ci jeszcze powiem, że ta dusza to tak jakby odcisk, albo miniatura wielkiej i doskonalej całości, w której żyjemy, zamknięta w nas. Kiedy nasza cielesna kapsuła odpada, ta cząstka nieśmiertelna wraca tam, skąd się wzięła, jak ten gaz.
 — Hm — powtórzyłem do siebie kilkakrotnie, kiwając głową. — To brzmi dość ciekawie, przekonująco. Tylko jeszcze z tym brakiem celu mam problem — powiedziałem, nie mogąc się opędzić od natrętnej, drażniącej wątpliwości. — To mi anarchią zajeżdża, to twoje „rób co chcesz”, brzmi jak pozwolenie na ludobójstwo i  rzeź.
Radek uśmiechnął cierpko.
 — Tak, trochę masz tu racji. Kilku skorzystało z tej licencji w dziejach ludzkości. — Po chwili zastanowienia ciągnął dalej. — Ale od tego są te twoje religie. Po to je właśnie wymyślono, żeby reguły jakieś poustalać na ziemi, żeby się jeden z drugim nie pozabijał – coś jak kodeks prawny albo przepisy ruchu drogowego, które każdy instynktownie zna tak czy inaczej. „Nie zabijaj”, „nie kradnij”, „nie cudzołóż” – toż to bez religii każdy w kościach czuje i na liniach papilarnych ma wypisane. Tam, na Zachodzie, nawet kasę nauczyli się na tym robić, w imię Boga oczywiście. Prawo własności i bogacenia się uświęcone Dekalogiem, no, lepiej być nie może. Nic dziwnego, że nasi bracia na Bliskim i Dalekim Wschodzie nas nie lubią – bośmy poszli dalej, dużo dalej i uprząż z lejcami założyli religii dziadka Abrahama.
 — Hej, zwolnij, bo mi się we łbie kotłuje. Chcesz powiedzieć że...
 — Nieważne, nie przerywaj; potem sobie to przemyślisz. A to ci jeszcze powiem — ciągnął — że ci nasi bracia z Bliskiego i Dalekiego Wschodu jeszcze jedną wielką pretensję do nas mają.
 — Jaką?
 — Ich Mesjasz jest tylko prorokiem, a myśmy się uparli, aby z naszego Boga zrobić, że nasz to niby lepszy, a my od nich lepsi, tacy cywilizowani. — Ostatni zwrot Radek wypowiedział z wyraźną ironią. — My na tej szkapie od dwóch tysięcy lat już jedziemy, poganiając ją batem do roboty, a ona ledwo zipie, skóra i kości z niej zostały. Jak nikt jej nie pożywi albo nie zamieni, to trupem padnie, a my z nią. Ot i ugrzęźli my w tej kałabani, a diabeł karty rozdaje — powiedział na koniec, naśladując kresowy akcent.
— Radek — zacząłem niepewnie — nie śmiej się z tego, o co cię teraz zapytam.
 — Wal.
 — Gdybyś tak dziś zobaczył Jezusa płaczącego, to – nie znając przyczyny płaczu – co byś pomyślał?
Popatrzył na mnie, jak gdyby mi trzecie oko wyrosło. Potem zacisnął powieki i potrząsnął głową.
 — Dziwne jakieś pytania zadajesz jak na... jak na tę porę roku — dokończył po krótkim wahaniu. — Podjeżdżaj jeszcze raz.
Powtórzyłem.
 — Może dlatego, że mu zimno bez walonek — odparł Radek, bawiąc się papierosem
 — Ja poważnie pytam.
 — A, poważnie. Trzeba było tak od razu mówić...
 — Myślę, że nie byłby zadowolony, żeśmy jego słowa poprzekręcali. On głównie szacunek i tolerancję miał na myśli, a my dodaliśmy to i owo, i za mordy siłą całe narody do jedynie słusznej wiary ciągnęli. Instytucje żeśmy rozbudowali i ceremoniały powymyślali. Jak mam wybierać, Tomek, to ja wolę do kina. Facet w komży i ornacie mnie nie bawi. A już czemu z tortur gwóźdź programu zrobili, to nie mam pojęcia.
 — Co masz na myśli?
 — Jak to co? Co ma tu krzyżowanie do rzeczy?
 — Odkupienie —  podpowiedziałem.
 — Tak? Ten, co go przybili do krzyża, ani słowa o tym nie wspomniał. Ktoś inny to wymyślił, żeby stare z nowym połączyć i sprokurować największą mistyfikację nowożytnej ery. Nie wiem jak ty, ale ja osobiście nie potrzebuję tortur i rozlewu krwi, aby być chrześcijaninem. „Tak nas ukochał, że własnego tego-perego, tara-rara...” — przedrzeźniał autora biblijnego cytatu, zabawnie kiwając głową w prawo i lewo, i wykrzywiając usta.
— To może coś na wzmocnienie teraz? — zaproponował, wyciągając mnie z tępego zamyślenia.
Tym razem potrzebowałem całej setki.
 — Lepiej teraz?
 — Ano lepiej. [...] (Rozdzial 11, s. 208-215) 



@     @     @



[...] Zbliżał się koniec kwietnia. Deszcz mżył zasnuwając zwykle żywy i wyrazisty krajobraz, jak brudna firanka zasłania widok przez okno. Dobrze, pomyślałem, nie będzie mi żal stąd odjeżdżać za parę dni. Robota prawie stanęła w miejscu przez tę marną pogodę, w związku z czym postanowiłem przyspieszyć mój wyjazd. Dając leśniczemu znać o mojej decyzji, poprosiłem go o adres domowy Radka. Oficjalny adres do Konina nie był wiele warty, ale Antoni wyszperał inny, łącznie z numerem telefonu do siostry, podany do akt jako kontakt w razie nagłej potrzeby.
I to było właśnie wtedy, kiedy wspominaliśmy zmarłego z leśniczym w jego biurze, niesamowity huk z niskim przerażającym dźwiękiem przerwał nam rozmowę w pół zdania. Nigdy nie byłem świadkiem trzęsienia ziemi, ale to mi właśnie przyszło do głowy, szczególnie kiedy herbata w szklance na biurku pokryła się koncentrycznymi zmarszczkami, a podłoga jakby się pode mną ugięła. Po ostatnich wydarzeniach na wszystko byłem przygotowany i nadejście końca świata wcale by mnie nie zdziwiło.
 — Co za cholera? — zawołał Antoni, bardziej zdziwiony niż wystraszony.
Wyszliśmy na zewnątrz rozglądając się, ale nic nie było widać, ani dymu ani ognia. Pobiegliśmy do osady, by zastać jedynie trwogę na twarzach mieszkańców i pytania, na które my sami szukaliśmy odpowiedzi. Po godzinie czy dwóch doszły nas wreszcie wiadomości.
 — Krzyżowa Góra się zawaliła — powiedział jeden z robotników ze wzruszeniem ramion, jak gdyby od jakiegoś czasu niczego innego nie oczekiwał.
 — Jak to się zawaliła?
 — Ano zawaliła. Jakby artyleria przeszła, człowieku. Zagłada — powiedział z zamaszystym ruchem ręki. — Drzewa i ziemia, wszystko, człowieku, razem wymieszane.
Po południu pojawiło się wojsko i milicja. Tej samej nocy spakowałem się i przygotowałem do wyjazdu następnego dnia rano. Co za dużo to nie zdrowo, pomyślałem. Jeszcze trochę i mnie tu samego przywali. Co jeszcze, pytałem siebie mimowolnie? Co jeszcze?
Wieczorem Antoni zapukał do drzwi.
 — Osuwisko, panie Tomku, wielkie osuwisko — mówił. — Nasiąkło to wszystko wodą jak gąbka przez ostatnie deszcze, a potem zjechało jak po zjeżdżalni. — Antoni przejechał dłonią po dłoni. — Mówią, że olbrzymi kawał zachodniego stoku Krzyżowej zjechał aż z samego wierzchołka. Ciekawe czy słup został? Tam już podobno ziemia się osuwała, ale to było przed moim czasem.
Dopiero w tym momencie skojarzyłem fakty.
 — Mówi pan, stok po zachodniej stronie? Jest pan pewien? 
 — Tego pewien nie jestem, bo nikomu tam nie wolno wchodzić. Tak podobno mówili saperzy. Właśnie się dowiedziałem od ludzi co wrócili z lasu. Las, mówili, to wygląda jakby wichura przeszła. Drzewa powyrywane i poprzewracane jak zabawki.
Mimo woli spojrzałem w kierunku Krzyżowej Góry. Ot, i los sam zadecydował, pomyślałem. [...] (Rozdzial 12, s. 228-229)



@     @     @



[...] Na grzbiecie Wielkiego Działu skręciłem w lewo w znaną mi dróżkę, której towarzyszył oznakowany szlak turystyczny. Krzyżowa Góra była nie do poznania: z rozległej czapy została zaledwie wąska grań. Kilkunastometrowe urwisko opadało po zachodniej stronie, by niżej przejść w nieregularną pofałdowaną powierzchnię porośniętą młodymi drzewami. Rozległa połać zalesionego szczytu runęła w dół zabierając wszystko, co na nim było: drzewa, ziemie, kości żołnierzy i partyzantów, jak też i pewne cenne starożytne malowidło ukryte pod głazem. Wschodnie zbocze pokryte starym drzewostanem opadało nietknięte stromo w dół jak dawniej. Kamienny obelisk uchował się, stojąc teraz tuż przy krawędzi stromizny.
Zaraz za Krzyżową Górą szlak skręcał w lewo, prowadząc w dół obok samotnego jeziorka z nieruchomą taflą wody, w której las odbijał się tak doskonale, że ledwie można było dostrzec różnicę pomiędzy nim a jego odbiciem. Jezioro powstało w miejscu, gdzie osuwająca się szesnaście lat temu ziemia uformowała tamę dla strumienia. Nieopodal brzegu stał drewniany krzyż, obok którego wypływało z zarośli źródełko. Drewniana tabliczka na krzyżu upraszała o szacunek dla miejsca i głosiła, że woda ze źródełka ma moc uzdrawiającą.
 Odwiedziłem też obie cerkwie w Kamiennej. Starszy pan zajmujący się cerkwią grekokatolicką był tym samym, z którym rozmawiałem przed laty. Nie poznał mnie – tyle lat minęło – i uznałem, że nie ma potrzeby wspominać naszego poprzedniego spotkania. Podczas gdy oprowadzał mnie po wnętrzu cerkwi i muzeum etnograficznym, wspomniałem w formie anegdoty o moim nocnym spotkaniu na cmentarzu przed laty. Mój przewodnik uśmiechnął się, jakby usłyszał coś znajomego i zabawnego. Stwierdził, że to musiał być były proboszcz, ksiądz Mazur, który w tym czasie był już na emeryturze. Staruszek zmarł kilka lat temu. Znany był ze swego nocnego czuwania i niejednemu stracha przez to napędził. Niektórzy mówili, że był niespełna rozumu, owładnięty obsesją, że ktoś cerkiew odbierze i zamknie. Poza tym jego żona, którą bardzo kochał za życia, była pochowana w starej części cmentarza i miejsce to stało się dla niego drugim domem. Oddany był ślepo wierze unickiej i gotów był dla niej poświęcić życie. W tym miejscu starszy pan uśmiechnął się pobłażliwie, dodając że ów proboszcz nie był w tym odosobniony i że wszyscy grekokatolicy są mocno przywiązani to swojej religii, za co wielu było w przeszłości prześladowanych.
Nikogo ze starych znajomych z Mirowa nie spotkałem. Udało mi się zaledwie ustalić parę faktów rozpytując tu i tam, między innymi w nowym sklepie, który teraz mieścił się w jednym z domów wewnątrz wsi. Leśniczy Dawidowicz wyjechał z żoną; to samo stało się z Gienkiem i Teresą. Gawryło podupadł na zdrowiu po śmierci żony i syn, ten który odziedziczył gospodarstwo w Smolarach, wziął go do siebie na stare lata. Chwalko zmarł, zostawiając Stacha na pastwę losu. Od całkowitej zguby w alkoholizmie uratowała go siostra, ta sama, którą jako półsierotę oddano do sióstr zakonnych. Na emeryturę przyjechała w Łemkowiny i zamieszkała razem z bratem.
Szkoły w Mirowie już nie było, choć budynek stał nadal święcąc pustką. Od nauczycieli w szkole w Kamiennej próbowałem się czegoś dowiedzieć o losie Józefa. Jeden z nich znał go pobieżnie z czasów, kiedy uczył w Mirowie. Powiedział, że kilka lat temu spotkał go przypadkowo w Warszawie w muzeum na wycieczce szkolnej. Józef pracował jako porządkowy. Wydawał się na zadowolonego z życia, ale znajomego z Łemkowin nie rozpoznał, mając wrażenie, że rozmawia z nieznajomym.[...] (Epilog, s. 235-237)